Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Wakacje pod palmami
Gorn Valfranden:
- Byłem, parę lat temu, a konkretnie około 2 i pół roku. Wtedy kiedy zniknąłem. Wolałbym nie brać udziału w tym co tu się wydarzyło. Odpowiedział krótko Gorn dotykając bliznę dłonią. Nigdy nie zapomni tego co się kiedyś stało. Nie wiedział dlaczego, ale ciągle coś mu nie dawało spokoju. Wyczulenie na niebezpieczeństwa? może, w w końcu Paladyn przeżył już trochę na tym świecie. - A ty?, może opowiesz kim byłaś za nim trafiłaś do bractwa? Zapytał, w końcu wypadało aby towarzysze dobrze się znali.
Evening Antarii:
-To znaczy?- zainteresowała się dziewczyna. -I bardzo mnie też interesują powody, dla których ludzie "znikają", tylko po to, by po jakimś czasie znów się pojawić i działać jak gdyby nigdy nic. Sama chciałabym zniknąć, ale to z natłoku obowiązków. Czyżby doczesne życie było aż tak nużące, lub problematyczne?- pytała dalej. -Ja mieszkałam w Ardenos nad morzem. Moja mama była szwaczką a ojciec rybakiem. Więc jak widzisz, nie wywodzę się z wyżyn społecznych- uśmiechnęła się.
Nawaar:
- Cholera! Przeklął w tym świętym miejscu, bo brak kompetencji tutejszych rycerzy zirytował go. Krasnolud i człowiek niczego się nie dowiedzieli, bo po co dali do wiadomości, że zamordowany to święty człowiek był. Jedynie trop prowadził do ojca zmarłego, który był w mieście. Kiellon jeszcze ruszył śladami ciągnięcia ciała sprawdzając czy nie ma tutaj jakiś ukrytych zapadni, zamaskowanych drzwi czy coś podobnego. Nadeptywał poszczególne kafle na podłodze potem, grzebał przy ścianie starając się coś wymacać w końcu zaś powiedział na całą kaplicę w stronę Marduke.
- Chyba nic tu po nas. Trzeba wypytać ojca, bo tutaj niczego się nie dowiemy.
Zaproponował dość poważnym tonem.
Gorn Valfranden:
- Zniknąłem bo ktoś potrzebował mojej pomocy. Przynajmniej miałaś rodziców. Powiedział Paladyn po czym wzruszył ramionami. - Dlaczego ludzie znikają a potem wracają? z kilku powodów: mogą chcieć odpocząć od kogoś, muszą przemyśleć to i owo. Czasami też muszą pobyć sami, z dala od ludzi. Moim zdaniem osoby które poznały ból i samotność są bardzo dobrymi ludźmi w przyszłości
Evening Antarii:
Kiellon i Marduke.
Marcel spokorniał trochę, zacisnął szczęki, gdyż znowu zrobiło mu się wstyd. Czuł poirytowanie swych kolegów z Raschet. Wiedział, że oni nie poddadzą się tak szybko jak oni. Może ludziom z Saint-Eatinne zwyczajnie brakło kompetencji? Przybyli tu bez doświadczenia, a potem nie było jak się szkolić.
De Nodier wzruszył ramionami. Wyraźnie go ta cała sytuacja zasmuciła.
- Jak sobie panowie życzą...-westchnął.
Kiellon nic nie znalazł. ÂŚlady kończyły się i zwyczajnie znikały. Na ziemi ich już nie było.
W tym momencie do trójki rozmawiających podeszła dziewczyna z długimi niemal do ziemi blond włosami. Twarzyczkę miała dość ładną, przynajmniej tą część, której nie zasłaniała opaska na oczach. Przy jej boku truchtała starowinka, okryta szczelnie sweterkami, a na głowie miała chustę.
Dziewczyna stała, jakby przyglądając się im chwilę.
- Tu stoi ten, który może wiedzieć- rzekła tajemniczo aksamitnym głosem.
- Ekhem. To Ismae. Jest u nas od kilku lat. Cóż, ona to ekstremalny przypadek osoby, doświadczającej wizji. By nie widzieć otaczającego świata, a jedynie obrazy od boga, wydłubała sobie oczy. Nie widzi, ta opaska nie jest magiczna. Ma tylko zasłaniać jej okaleczone oczy, które nie wyglądają zbyt pięknie, mało fachowa robota to była.
- Zamknij się, Marcel- warknęła niespodziewanie Ismae. Wyciągnęła dłoń w stronę krasnoluda. Po chwili dotknęła jego czoła, a krasnolud zobaczył to, co pewnie widziała Ismae i czym chciała się podzielić.
Kiellon doznał wizji. Marduke i Marcel obserwowali, jak krasnolud upada na ziemię i trzęsie się w drgawkach, wyglądających, jakby przeżywał mocny wstrząs. Kiellon zaś czuł nieznośnie kurczenie się mięśni w całym ciele i drętwienie rąk i nóg. Trwało to może dwie minuty, po czym Ismae, stojąca dotąd niewzruszenie, upadła na kolana na posadzkę kaplicy. Była jak wyczerpana.
//Wizja na pw.
Evening i Gorn
-Uważam, że pomoc przyjaciołom jest ważniejsza od spraw organizacji. Dlatego jeśli czyniłeś dobrze, choć niekoniecznie w imię Zartata, to jest to tak samo wartościowe- wyznała. -Miałam, owszem. Albo bardzo pragnących się wzbogacić moim kosztem- westchnęła ciężko. -A nie sądzisz, że ból przemienia człowieka czasem tak, że sam zadaje ból innym? Takie przypadki można mnożyć- odparła.
Las stawał się tymczasem gęstszy i gęstszy. Towarzyszyły im odgłosy papug bawiących się wysoko w gałęziach. Także małpy harcowały z ciekawością śledząc nieproszonych gości.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej