Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Wejście Smoka

(1/4) > >>

Gunses:
Nazwa wyprawy: Wejście Smoka
Prowadzący wyprawę: Gunses Cadacus
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: każdy kto dołączy w ciągu 2 godziny
Uczestnicy wyprawy: Gunses Cadacus



Kiedy Cadacus wyszedł z sali obrad, słońce zaszło już za horyzontem, spowijając miasto w mroku. Ciszy jednak miasto to nie znało. Nieśmiertelny zatrzymał się na kilka chwil. Rozejrzał się dookoła. Nie było to miasto, które zapamiętał, kiedy przeszło dwa lata temu opuszczał jego mury. Wtedy brało ono głęboki, spokojny oddech przed nadchodzącym jutrem. Teraz jego oddech rwał się, był płytki, niespokojny. Miasto nie znało ciszy. Ze wszystkich stron do uszu szpiczastych uszu wampira docierał huk ciężkich wojskowych butów, młotów kowali i płatnerzy, bicie dzwonów na placach, na których zbierały się oddziały.
Gunses poprawił pas miecza i ułożenie łuku. Zaczerpnął w płuca powietrze, które nadal było powietrzem czystym. Niezmąconym zapachem dymu, krwi, gówna. Skażone było tylko strachem. Na sam ten zapach oczy wampira zwęziły się, a rysy twarzy zaostrzyły. Ruszył uliczką prowadzącą do jednego z kilku zejść do katakumb.

Evening Antarii:
Pomimo mroku Efehidon nie spał i pewnie długo jeszcze nie zaśnie. Myśli Evening krążyły wokół Bractwa, o braku rozkazów pomimo wroga u bram, a o samowolce nie było mowy. Tysiące żołnierzy koczowało bezczynnie pod twierdzą w Raschet, a myśl ta napawała pesymizmem. Wojna, wymagająca zdecydowanych praktycznych działań, ruchów, zatrzymała się teraz w sali obrad, na obradujących mężczyznach, którzy przed nosem mieli mapy, a nie miecze w dłoni. Oczywiście narada była potrzebna. Jednakże jej dziwnie było spieszno, by walczyć, działać. Czuła niepewny wynik wojny, którą przecież należałoby wygrać. Valfden, do którego nigdyś uciekano z zawładniętego kontynentu, samo było teraz w potrzasku, na dodatek po przegranej bitwie na Zuesh.
Anielica wracała właśnie ze sklepu Siliona. Dobrze było znów mieć świadomość posiadania srebrnych broni przy pasie! Tym wzbudzało się zaufanie. Być może widok anielicy pokrzepi nieco mieszkańców stolicy. A może wręcz przeciwnie? Zamiast atakować wrogów z nieba, Eve przechadza się jak gdyby nigdy nic w okolicy pałacu, idzie do domu, zje jakąś kolację, przy świetle świec zacznie szyć sobie suknię, by zwyczajnie się odprężyć.
Astas było w pełni, zapowiadał się ciepły wieczór. Eve zmierzała do dzielnicy szlacheckiej nieco okrężną drogą. Chciała urządzić sobie spacer po mieście, jeszcze pięknym i dumnym, choć nieco zeszpeconym przez tłumy uchodźców z zaatakowanych terenów. Pewne oznaki wojny pojawiały się, ale nie były tak dobitne jak ruiny domów, trupy ludzi i demonów, płaczące dzieci szukające rodziców wśród gruzów. Anielica chciała się napatrzeć... Tak, zapamiętać jak wyglądał Efehidon. Na wszelki wypadek.
Zmierzając tak ulicami, Eve dostrzegła znajomą postać. Blady jak śnieg mężczyzna przemierzał ulice. Nie był byle mieszczaninem, od razu dało się to zauważyć. Ta bladość była znajoma, ale samo wspomnienie było niemal niewyraźne... Na szczęście wystarczyło, by Eve mogła sobie przypomnieć, kogo właśnie spotkała.
-Inni na czas wojny przepadają jak kamień w wodę, inni się pojawiają... Gunses Cadacus, spotkaliśmy się już kiedyś- przywitała się dziewczyna. -Evening Antarii- wszak wtedy nie miała skrzydeł, była zaledwie paladynem Bractwa.

Gunses:
- Sytuacja wymaga czasami, aby ktoś przepadł lub powrócił - odrzekł wampir dziewczynie zatrzymując się przed nią i mierząc ją wzorkiem czarnych niczym węgle oczu
- Pamiętam Cię. Wyrosłaś - skomentował skrzydła, które dodawały jej uroku i mistycyzmu. Oderwał od niej wzrok i przeniósł go w dół uliczki, w stronę w którą zmierzał.
- Sytuacja wymaga też, abym wezwał na pomoc mojego przyjaciela. Jeżeli masz kilka godzin, zapraszam na spacer...  - rzekł, zrobił półkrok i zatrzymał się patrząc na dziewczynę.

Evening Antarii:
-Co się z tobą działo w tym czasie?- spytała zaciekawiona. -Wybacz moją wścibskość...- dodała zaraz nie chcąc urazić wampira. Jego wzrok zapamiętała dobrze. Był jedną z tych bardziej intrygujących postaci, które udało jej się poznać na wyspie. Było to podczas wyprawy z Lucasem Paladinem na groźnego maga... Coś wtedy jednak nie wyszło i drużyna musiała zawrócić z traktu. Mimo wszystko Gunes wówczas musiał wywrzeć spore wrażenie na młodej dziewczynie, skoro tak dobrze zachowała jego obraz w pamięci. Drugim powodem mogło być to, że wampiry nie zmieniają się zbytnio z upływem lat. A tych minęło stosunkowo niedużo.
-To tylko kilka piór na plecach- skomentowała i wzruszyła ramionami. Prócz latania skrzydła utrudniały wiele rzeczy, o czym niezorientowani mogli zapomnieć. Spanie, pływanie... to tylko kilka przykładów.
-Spacer? Czemu nie. Ostatnio, nawet pomimo wojny, nie mam tych planów zbyt wiele- westchnęła ze smutnym uśmiechem. -Gdzie mieszka ten twój przyjaciel?

Gunses:
- Zapewne budzą mieszane uczucia w prostym ludzie - powiedział unikając tematu tego, co się z nim działo - Gdybym ja był takim człowiekiem, uważałabym, że miejsce istoty Zartata jest w pojedynku z istotami mroku. Skrajnie, że ten kto ma skrzydła może uciec, a prostemu człowiekowi zawsze wiatr w oczy i miecz w brzuch - bynajmniej nie była to uwaga mająca urazić dziewczynę, lecz chłodna ocena tego, że nie w każdej sytuacji widok kogoś zacnego wzbudza pokrzepienie serc. Poprowadził dziewczynę uliczką w dół, narzucił tempo, które było stanowczo zbyt szybkie, żeby czynność nazwać spacerem. Po kilkuset metrach skręcił w stronę kamiennego muru po lewej, gdzie w zagłębieniu w ścianie do którego prowadziły trzy idące w dół schodki znajdowały się metalowe drzwi prowadzące do kanałów.
- Słyszałaś może o Piątej ÂŚwiątyni? Idziemy właśnie do niej.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej