Evening pośród tej jasności dostrzegła Sobieskiego, wyglądał zdrowo i silnie. Mówił ciepło, jak do dziecka, które nieświadome jest, że robi źle. Tak też poczuła się anielica. Jan nie chciał jej karcić... Zdawało się, iż on rozumie całą sytuację, wie wszystko, nie potrzeba mu wyjaśnień, a jego dobroć udzieliła się kobiecie. To był Zartat. Przemawiał do niej ustami generała. Poczuła się, jakby umarła. Ale to niemożliwe... Przecież zawsze może wrócić na ziemię z Niebiańskiej Przystani w swej dawnej formie. I kto mógłby to zrobić? Przecież ryglowała drzwi.
Słowa jej boga były pokrzepiające. Nowa nadzieja wstąpiła w Antarii. Zartat udzielił generałowi niezwykłej mocy, przekazał mu cząstkę siebie, zmaterializowaną w postaci ludzkiego serca. ÂŹródła wszelkiej miłości.
Kolejny rozbłysk przyniósł obraz krwiożerczego smoka nad ciałami niebiańskich istot. Ciała miały skrzydła... Były to anioły, a nie zwykli śmiertelnicy. Ta wizja wzbudziła w niej uczucie niepokoju. Może to majaki umysłu, który do końca nie rozumie, co się dzieje, gdzie jest i co czyni.
Gdy się ocknęła, a jasność zniknęła, Eve poczuła w rękach coś miękkiego, mokrego od krwi i bijącego rytmicznie. Krzyknęła ze strachu. Wszystko pamiętała... Mor Andor i zadanie Apriala. Demon kazał jej zabić Vashira, Vargasa i Jana. temu oststniemu miała wyrwać serce i okazać demonom. Tak, pamiętała to wszystko, ale jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, co czyniła. Spanikowana Evening czuła jednocześnie błogość, spokój i niepokój, szok. Czuła, że nie mogła zabić niewinnego człowieka, ale wiedziała, że to zrobiła. Nie mogła sobie wybaczyć. Po policzku spłynęła jej łza.
Nie wiedząc co uczynić z "żyjącym" organem, anielica postanowiła włożyć je do klatki piersiowej Sobieskiego. Rozszarpana dziura na wysokości płuc wyglądała poważnie. Anielica umieściła w pustym miejscu serce. Klęczała tak nad ciałem jeszcze chwilę, nie mogąc wstać, nie mogąc racjonalnie myśleć. Błogość i gniew opanowały ją w tym samym momencie, jej własne serce biło jak oszalałe, jakby ono też chciało się wyrwać spod żeber. Antarii zwlokła się z podłogi powoli, jakby przed chwilą doświadczyła wyczerpującego wysiłku, który wyssał z niej wszelkie siły. Nie wiedziała, co ma czynić. Otarła słoną stróżkę z twarzy. Nadzieja zatryumfowała. Jednakże życia swym ofiarom nie zwróci, choćby chciała.
Dziewczyna czuła się jak zdrajca, nie chciała wychodzić wcale z tej kajuty i pokazywać się innym. Jak mogła się wytłumaczyć? Czy inni zrozumieją, co się z nią działo? Ona sama tego nie pojmowała, jak będąc boską istotą dała się zniewolić demonom.
Otworzyła drzwi i rozejrzała się. Oczy miała zaczerwienione od powstrzymywanego płaczu. ÂŁzy radości mieszały się ze łzami smutku. Wokół wciąż była wrzawa. Nie wiedziała dokładnie co w tej chwili się dzieje, czy przegrywają, czy Kunin upadło, ilu valfdeńczyków już poległo. Była zajęta mordowaniem i właśnie teraz wróciły do niej te niedawne wspomnienia zdradzieckiej, tchórzowskiej walki z Vargasem i Vashirem. Wstydziła się za siebie...
Jednakże musiała powstać, przecież Zartat napełnił ją swą siłą. Eve wmawiała sobie, że nie mogła czynić inaczej, niż przykazał Aprial. Była bezwolna. To nie była jej wina... Choć chciała jakoś naprawić wszystkie wyrządzone Kunanom i Valfdeńczykom krzywdy, straty w ludziach, swoje tchórzostwo i uległość wobec sił otchłani.