Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Gdy krwawy księżyc wschodzi
Evening Antarii:
Obecność Jana sprawiła anielicy nawet większą radość, niż gdyby był tam Sablastozęby. Była z generałem sam na sam co było idealną okazją na zabicie go. Nie schowała sztyletu. Być może mężczyzna przeczuwał, co go czeka.
-Pan wybaczy ale... Aresh!- wymówiła inkantację, która odebrała mężczyźnie zdolność mowy. Nie chciała by krzyczał, gdy będzie wyrywać mu serce. Eve zaryglowała drzwi, jeśli było to możliwe. Przyszykowała sztylet by dokonać tego, co kazał jej Aprial...
Narrator:
Upadła anielica zobaczyła w oczach swej ofiary spokój i zrozumienie. Jan nie próbował walczyć. Wyglądał na kogoś kto już dawno pogodził się ze swym losem. Eve przeszło przez myśl czy nie jest to może sztuczka genialnego stratega. Wyglądało na to, że był to jego wybór.
Marduk Draven:
Tymczasem w tym piekielnym kotle, Marduke i reszta siekali w najlepsze. No prócz Mohameda, któremu do pogawędki zabrakło herbatki. Tymczasem na dzielnego rycerza natarł kolejny demon. Ciął zamaszyście po prawym skosie, następnie po lewym. Wojownik szybko odskoczył, po czym wystrzelił niczym pocisk z lufy Kiellona, wybijając szarżą tarczy ząb przeciwnika. Ogrzy demon zaryczał wściekle i zaczął tłuc w Marduka naraz toporem i tarczą. Kilka pierwszych ciosów sparował, wiedział jednak że długo tak nie wytrzyma, kopnął więc z całej siły w kolano bestii, wyłamując je. Ten padł na nie, w akompaniamencie wielkiego ryku. Wtedy to spotkał szybki koniec, gdy rycerz wbił mu swój miecz w pod brodę, tak że przebił mózg. Wojownik wyciągnął ostrze i przygotował się na nadejście kolejnego.
6060x http://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Ogrzy_demon
Nasi:
2800 Kunan (-Vargas, -Vashir)
1100 Bractwo ÂŚwitu
31 Bękarty Rashera
8 Ochotnicy
8x Magowie
Mohamed Khaled:
A Mohamed stał na przeciw demona, nieświadom tego, co się w okół niego dzieje. Niby wiedział, że walczą, niby wiedział, że gada z demonem.. A jednak, jakby nie był obecny duchem. Coś.. W środku mówiło mu, że ma przesrane.
Evening Antarii:
Coś tknęło anielicę. Dziwne przeczucie, jakby światełko wśród mroków jej duszy. Mały płomyk, ledwo się tlący. Nie to spodziewała się ujrzeć... Z Vargasem i Vashirem nie miała takiego kontaktu, poszło znacznie łatwiej. Eve zawahała się teraz. Uniesiona dłoń ze sztyletem zadrgała nerwowo.
-Jaa... Eee.. - zająknęła się i zaczęła cofać się do drzwi, jakby sama była zdziwiona tym, co robi. Nie wiedziała jednak co jest bardziej dziwne: chęć zabicia Jana czy wątpliwości i wyrzuty sumienia z tego powodu. -Przepraszam- wychrypiała.
Mimo wszystko znalazła się przy Sobieskim w jednym momencie. Pomimo spokoju w jego oczach Eve zdecydowała się na ruch. Wykonała poziome cięcie sztyletem po gardle. Było ono głębokie, a krew pobrudziła mapy leżące na stole. Mortokinetyczną siłą przewróciła targającego się w konwulsjach Sobieskiego. Uklękła przy nim i wbiła ostrze sztyletu w pierś. Następnie siłowała się chwilę, by przez wyszarpaną w klatce piersiowej ranę, wyjąć serce. Wyrwała je, brudząc ręce we krwi, której było całe morze, jak jej się zdawało. Z serca sterczały żyły i aorty wyrwane ze swego macierzystego ciała. Organ zawinęła w szmatę, którą znalazła gdzieś na podłodze kajuty kapitana.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej