Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Gdy krwawy księżyc wschodzi
Mohamed Khaled:
ÂŚciągnął kuszę z pleców, przycupnął w jednym miejscu i założywszy na rowek bełt, załadował kuszę. Pierwszy wystrzelony bełt na Zuesh od pamiętnej bitwy... Może być ciekawie. Był zaintrygowany tym, czy jego celność się nie pogorszyła na tyle, by trafić demona w łeb. Kij go wie, może mu się uda. Fajnie nawet by było.
Jeśli znałby myśli Marduke'a, potwierdziłby je solidnym krzykiem aprobaty. Podobnie, jak on wolał walczyć przy boku takich jak Szeklan, tak samo Mohamed. Mimo, że należał do osobników z ogółu samotnych, wśród tych wszystkich kompanów, czuł się.. bezpiecznie. Z Szeklanem i Themo przeżył już jedną bitwę na Zuesh. Marduke'a znał jedynie z obrad Izby.. Mimo tego, wydawał mu się w porządku.
Narrator:
Widok z murów był piękny, sawanna w słońcu. Letnim, pełnym słońcu. Nie było 12 a już było 26 stopni. Tysiące Kunan i i wsparcie z Valfden zauważyło w końcu spory tuman kurzu. Ogromny. Ponad 8 tysięcy demonów maszerowało w stronę miasta. Dojdą tu za około godzinę.
7500x http://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Ogrzy_demon
100x http://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Demoniczny_behemot
66x http://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Garguli_demon
//Jak wejdą w zasięg to napiszę
Nasi:
5500 Kunan
1400 Bractwo ÂŚwitu
60 Bękarty Rashera
120 Ochotnicy
21x Magowie
Mohamed Khaled:
- O... To... Chuj... - sapnął zaskoczony. To była potęga militarna.. Skąd oni, kurwa, zebrali aż taką armię?! - Gratuluje im. Szczerze im gratuluje... Zebrali naprawdę wielką armię.. Panowie - przełknął ślinę - ...dajemy z siebie wszystko, co możemy.
Marduk Draven:
Po Mohamedzie, kuszę z pleców zdjął Marduke. Już za w czasu napiętą. Teraz jedynie przykucnął, dając pole do strzału komuś kto byłby za nim. Nałożył srebrny bełt na łożysko kuszę, przystawił kolbę i przycelował. W pustą przestrzeń. Chociaż chwila...
-Nadchodzą...- rzekł do towarzyszy.
-Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię.
Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza.
Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników, namaszczasz mi głowę olejkiem, mój kielich jest przeobfity.
Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy.- wyrecytował słowa pieśni, bardziej do siebie, ale pewnie inni także mogli to usłyszeć.
Uspokoił serce, uspokoił oddech. Oddał się Zartatowi. Cały, teraz to Zartat miał nim kierować, celować, strzelać. Gotów był.
TheMo:
Themo zajął pozycję na murze i przyglądał się maszerującej armii demonów. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Szybko usunął się z widoku i popędził do magów.
-Potrzebne są wasze zdolności. Nawet my nie przetrwamy takiego szturmu. Potrzeba ich spowolnić. Wilcze doły, bagna, jeziora lawy. Cokolwiek, by zatrzymać piechotę.
Fakt, tej piechoty było dużo. Bardzo dużo. Dodatkowo mieli jeszcze siły lotnicze. Dlatego chciał spowolnić mięso armatnie, by strzelcy mogli się zająć tylko latającymi demonami, gdyż te mogły wprowadzić największy chaos w szeregach armii.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej