Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Gdy krwawy księżyc wschodzi
Mohamed Khaled:
- Witajcie, Lordzie Marduke - kiwnął mu głową, podając prawicę. - Szykuje nam się ciężka bitwa, co nie, panowie? Trzeba się sprężyć, a nie pierdolić o głupotach... Musimy być przygotowani na najgorsze
Chwycił kaptur, narzucił go i truchtem ruszył na północny mur.
DarkModders:
Do wesołej kompanii dołączył się także i Marduke.
- Każdy się przyda. Im nas więcej tym lepiej. - powiedział odwracając swój wzrok z Kazia na Marduka. Po usłyszeniu rozkazów westchnął lekko po czym spojrzał na niebo. Piękny dzień a za razem taki smutny i okrutny. Nie pozostawało nic innego jak ruszenie nie mury i obrony Kenin do ostatniej kropli krwi. Tak przynajmniej chciał walczyć.
- Chodźmy panowie. - powiedział spoglądając na swoich kompanów. Po tych słowach ruszył przed siebie. Nie ściągał cały czas dłoni z rękojeści szabli. Czuł że to właśnie ona wykona kawał dobrej roboty. Szedł uliczkami mijając ludzi jak i kunanów uciekających przed wojną. Serce biło mu jak dzwon a oddech powoli stawał się szybszy. Poczuł ogromny przypływ energii który motywował go do walki. Po chwili dotarł do muru. Wszedł na niego zajmując wolne miejsce.
Nawaar:
- Tera bym się z chęcią napił a tu armia demonów liczona w tysiącach. Kaziu nie masz czegoś dobrego dla spragnionego i potrzebującego? Podrapał się lufom po głowie starając się ogarnąć sytuacje i to jego postanowienie, że będzie bronił swojego rodu Kazama, a on nawet nie wie czy wyjdzie z tego cało! - Witaj Marduke każda kusza i strzelba liczona będzie we złocie. Musimy stawić im czoła inaczej będzie krucho właściwie już jest nie za ciekawie. Włączył się Kiellonowi pesymizm, bo umiał liczyć o dziwo w tym momencie mógł liczyć na cud, ale w końcu ruszył swój zad idąc w stronę północnego muru jak zresztą wszyscy strzelcy.
Elizabeth:
Po paru minutach także Elizabeth wyszła na pokład i wyjrzała poza burtę. Ujrzała ląd, który może ocalić ją przed tym złowieszczym bujaniem statku i chorobą morską. Lekkim krokiem, poprawiając swoją odzież i doprowadzając ją do porządku, zaczęła dołączać do osób przy murach. Nie wiedziała zbytnio, gdzie powinna się stawić, dlatego podążała ze resztą rycerzy, czyli w stronę północnego muru.
- Po co ja się na to pisałam? - zapytała samą siebie, delikatnie przy tym wzdychając.
Marduk Draven:
Rycerz ruszył razem z kompanami. Broni jeszcze nie zdejmował, acz czuł że na razie przyda się mu kusza.
Zartacie, który panujesz w niebie
Niech święte będzie Twe imię
Niech przyjdzie Twe Królestwo
Niech będzie Twa wola jak i w niebiosach
Tak i na ziemi
Chleba naszego powszedniego
Daj nam dzisiaj
I odpuść nam winy
Jako że my nie odpuszczamy winowajcom
I nie wódź nas na pokuszenie
Ale daj nam miażdżyć zło pod naszymi stopami.
Castitate autem semper praevalebunt.
I szedł tak. Przed nim mauren z kataną na plecach. Po jego lewej jaszczur. Za nimi dwaj krasnoludowie. Wszędzie wokół kunanie, rycerze, bękarty, elfy, krasnoludy, ludzie. Serce mu przyśpieszyło. Adrenalina powoli wpływała do jego żył. Czuł się jednak dobrze. Mimo wszystko lepiej mu było walczyć wśród takich jak Szeklan, niż wśród swoich współbraci. Nie wiedział czemu. Nie obchodziło go to. Po prostu tak było.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej