Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Gdy krwawy księżyc wschodzi

<< < (35/66) > >>

DarkModders:
Jaszczur zszedł na suchy ląd podążając od razu za Themo. Kenin nic się prawie nie zmienił. Ta sama zabudowa ale jakby teraz inna. Wszystko to przez wojnę. Domy zamieniono na fortece do walki z przeciwnikiem. Wszyscy czekali aż przyjdzie najgorsze, aż przyjdzie przeciwnik. Wreszcie z zaciekawieniem wsłuchał się w słowa kunańskiego generała. To, co usłyszał, prawie go zwaliło z nóg. 8,5 tysiąca bestii szło w ich kierunku. To było nie do pomyślenia. Nigdy w życiu nie miał okazji walczyć przeciwko tak ogromnej armii. Dla niego była olbrzymia, nie wiedział jak inni to postrzegają. Z tego wszystkiego dłonią pogładził swoje czoło które marszczył z nerwów.
- Jak to przeżyjemy to będzie cud. - powiedział pod nosem tak aby on sam tylko to usłyszał.

Kazmir MacBrewmann:
- Będę przy tobie kochanie. Rzekł do jaszczura klepiąc go po plecach, nieco powyżej ogona. No bo wyżej nie sięgał.

Marduk Draven:
-Schodzę na ląd.- zakomunikował ciepłym głosem i pogłaskał niziołkę.-Zartat z Tobą.
Poszedł szybkim w kierunku wyjścia z kabuzy i zaraz zniknął za drzwiami. Szedł po kilka schodków naraz, aż w końcu lekko sapiąc wyszedł na pokład. Rozejrzał się. Współbracia w służbie schodzili już po trapie. Bez ociągania dołączył do nich. Odgarnął opończę, szedł z ręką Spowiedniku. Gotowy do walki. Gotowy na śmierć. Razem z innymi rycerzami.
Razem szli ku przeznaczeniu, ku temu, co Zartat na nich rzuci. Choć na pewno ktoś zginął, oni nie winili swego pana. Dziękowali mu, bo śmierć z jego imieniem na ustach, jest najpiękniejszą możliwą śmiercią. Oglądnął się raz jeszcze na okręt. Na Evening. Na niebo. Zapamiętał wszystko.
Domy nie były domami. Każdy był jakby osobną twierdzą. Sam port był jedną wielką, potężną cytadelą. Kunanie wyglądali niczym lwy. Tygrysy w zbrojach i z bronią. Może niedaleko im było do nich. Na jego usta cisnęło mu się jedno pytanie. "Ilu przeżyło?". Dzięki temu wiedziałby ilu trzeba pomścić. Był gotowy mścić się za każdego jednego kotowatego, każdego bękarta, każdego rycerza. Teraz mógłby pomścić cały świat, bogów. Liczyło się teraz tylko to, aby walczyć.
Po raz ostatni powtórzył słowa, którymi skończył poranną modlitwę. Odetchnął.
Castitate autem semper praevalebunt.

Mohamed Khaled:
Zszedł po trapie zaraz za Themo, wraz z Szeklanem i resztą. Katana spokojnie spoczywała w pochwie na plecach, kusza nienabita zwisała leniwie, a ukryte ostrze już tylko czekało na to, by się wysunąć. Wciągnął świeże powietrze i uśmiechnął się ponuro. Wrócił dawny on. Spokojny, opanowany, agresywny na polu bitwy.
Spojrzał na Vargasa, którego po raz pierwszy dojrzał przy ostatniej wizycie na Zuesh.. Ciekawie. Mają i jego jako sojusznika. Bardzo cennego sojusznika.
- Osiem i pół tysiąca? - mruknął zaskoczony, ukrywając zgrabnie wszystkie emocje. - Cholera.. To jakieś... O kurwa, wiele, wiele razy więcej, niż ostatnio..

Narrator:
- Drugie tyle mają w rezerwie. Wojownicy i strzelcy na północny mur! Jazda!

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej