Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Gdy krwawy księżyc wschodzi
Marduk Draven:
Po podróży do Atusel, na wozie jakiś chłopów, wśród ich paskudnych, sprośnych żartów, piosenek, chlania i darcia, opłaconej ofertą ochrony ze strony Rycerza, ofierze w postaci ubicia dzika który niepokoił chłopów, w końcu dojechał do miasta. Przy bramie pożegnał się i rozstał ze swym transportem. Udał się w podróż pieszą do dzielnicy portowej. Dumny, rycerskim krokiem tak szedł, w miłą, ciepła i przyjemną noc. Typowa noc Astas. Mijając tak ludzi, elfy, maurenów, krasnoludów, niziołków inne rasy dotarł do portu.
Ignorując zebrany tłum wojaków, pokaźny bardzo ruszył przed siebie. Narzucił przy tym na głowę kaptur. Idąc tak ujrzał kobietę, niziołka. Niby nic dziwnego, ale to nie płeć, ani rasa się liczyły, a pancerz i broń jaką ta osoba nosiła. Pancerz i broń podobną do tej którą on dawniej nosił, jako rekrut. Bez chwili zwłoki podszedł do siedzącej rekrutki. Usiadł obok. Zdjął kaptur.
-Chwała Zartatowi.- pozdrowił ją.-Nie widziałem Cię jeszcze w Bractwie. Jak Cię zwą?- spytał.
[member=26335]Elizabeth[/member]
Elizabeth:
Kobieta, choć bardzo niska, to zdecydowanie trzeba było przyznać, że wyróżniała się w tłumie. Przynależność do bractwa, o czym zdradzał jej ubiór, mogła zwracać uwagę, jednak wzrok większości osób przyciągał bardziej nie pasujący do tego miejsca wdzięk i schludny wygląd. Jej długie, nietypowego koloru włosy powiewały nieznacznie na delikatnym wietrze, a nieskazitelny błysk księżyca dodawał im jeszcze więcej uroku. Mimo, że zbroja bractwa miała z założenia tworzyć pozory silnej postury wojownika i nadawać mu groźnego wyglądu, to w tym wypadku kobieta wyglądała w nim jedynie komicznie. To skromne wdzianko wyglądało na niej jak skorupa na żółwiu i po samej Elizabeth było widać, że nie czuję się komfortowo w pancerzu, a preferuje nade wszystko wyjściowe stroje. Po krótkiej obserwacji szybko można było wyciągnąć wniosek, że kobieta z całą pewnością nie pasuję do tego miejsca i całej tej masowej mobilizacji społeczeństwa wobec wroga. Drobna, mała istotka, która mogła co najwyżej bardziej przeszkadzać niż pomagać.
Na widok rycerza z bractwa świtu, który zwrócił na nią uwagę i obrał za cel rozmowy, kobieta zarumieniła się delikatnie. Już od dawna marzyła stać się kimś takim jak on i budzić autorytet wśród ludności tego pięknego kraju. Siedziała na drewnianej ławeczce, znajdującej się trochę na uboczu i machała niedbale swoimi malutkimi nóżkami, nie mogąc nawet dostać stopami ziemi. Jej oczy śmiele badały całe oblicze zwróconego do niej wojownika, wyraźnie zaciekawionym wzrokiem.
- Jestem Elizabeth, rekrutka bractwa świtu. – Uśmiechnęła się do niego urokliwie i powoli wyciągnęła ku niemu rękę w geście przywitania.
Marduk Draven:
Rycerz mało uwagi przykuwał do jej wyglądu. Oczywiście włosy, zwłaszcza w bladym świetle srebrnego globu były bardzo ładne, widać było jej lekkie rumieńce, czerwonawe niczym jabłka i zaciekawienie w oczach, jakiego nawet koty nie miały. Pancerz może i do niej nie pasował, ze względu na rozmiary, ale nie jemu było to oceniać. Jedna była istota która mogła ich oceniać.
Ta sama, której przedstawienie wisiało na jego szyi, z najczystszego, krasnoludzkiego srebra. Naszyjnik był lekki, trochę ciepły, jakby Zartat do niego dał cząstkę siebie. A może był ciepły z powodu temperatury i pogody? Nie wiadomo.
Rycerz na wyciągniętą dłoń odpowiedział podając swoją. Wpierw zdejmując metalową rękawicę. Delikatnie, co by nie zmiażdżyć drobnej rączki uścisnął, po czym zabrał rękę i schował ją z powrotem za rękawicą.
-Ja Marduke, Rycerz bractwa.- odrzekł ze szczerym uśmiechem i usiadł wygodniej. Wstrząsnął lekko swymi kruczoczarnymi włosami i odgarnął je za uszy.-Rozumiem że płyniesz na Zuesh? To dobrze. Przyda się każda broń. Zwłaszcza spod ręki Zartata.- dodał.-Jak długo jesteś w Bractwie? Podoba Ci się w nim?- rzucił deszcz pytań.
Elizabeth:
- W bractwie jestem trochę dłużej niż trzy lata, dokładnie nie pamiętam kiedy do niego dołączyłam. Niby długo, ale wciąż nie przyzwyczaiłam się do zakonnego życia i do reguł jakie mnie obowiązują. - Westchnęła i spojrzała przed siebie bez szczególnego powodu. Wyglądała na zamyśloną, a jej skryty uśmiech zdradzał powrót jej miłych wspomnień. - W sumie sama nie wiem co myśleć o bractwie, wciąż mam mieszane uczucia. Moje myśli bezustannie zaprząta widok pięknego anioła, Funerisa Venatio, którego towarzystwem mogłam się cieszyć nawet nie jeden raz. Pomimo, że byłam nieznośna, bezużyteczna i tylko zawadzałam, on zawsze doceniał moje starania. Był delikatny, szarmancki, a jego śnieżnobiałe skrzydła były nieporównywalnie śliczne do tego, co opisują w księgach. W dodatku towarzyszył mu taki słodki piesek, który uwielbiał moje pieszczoty. Aż się łezka w oku kręci - przetarła oczy swoimi drobnymi rączkami. - Przepraszam, rozmarzyłam się. Na czym dokładnie skończyliśmy?
Mohamed Khaled:
- Szeklanie, czuje, że ta wojna, która nieubłaganie czeka na progach naszych domów, to nie tylko ta jedna bitwa... Zuesh po raz kolejny jest już we władaniu demonów. Nie wiemy, jaki jest obecny stan tamtejszej ludności... Pamiętasz ostatnią bitwę? Miałem wtedy naprawdę wielkie szczęście, bo skończyło się tylko na ranie na nodze. Ty miałeś gorzej - zwrócił w jego stronę swoje, już chłodne, spojrzenie. - Coś mi mówi, że ta bitwa nie będzie należeć do prostych, mimo naszego wsparcia... Czuje, że teraz wszystko się zmieni. ÂŻe to, co wydarzy się tam, na tamtej wyspie... Zmieni losy nas wszystkich...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej