Tereny Valfden > Dział Wypraw

Próba Siły #12 - Salazar Trevant

<< < (9/12) > >>

Canis:
Lekko znużony zatrzymał się i położył dłonie na biodrach. Spojrzał na maga z przepitym głosem.
- Widzisz Meren... czy jak ci tam na imię... Nieważne. Jeszcze kilka lat temu byłem taki jak ty. Odrzuciłem narzucone mi schematy myślenia i dzieliłem swe czyny wraz z innymi, równie wrażliwymi jak ty, czy ja na magię... - Zaczłą nieśmiało obserwując rozmówcę... przyglądając się mu i jego reakcjom.

Funeris Venatio:
- A niby co się zmieniło? I co tutaj robisz? - spytał, chociaż nie wyglądał jakby w jakikolwiek sposób zaufał nieznajomemu. Fajkę schował do kieszeni, zmrużył nieco przepite oczy i opuścił nisko rękę. Poruszył palcami, odetchnął głębiej. Widać było, że próbuje się oczyścić, skoncentrować, ewentualnie rzucić natychmiastowo jakiś czar.

Canis:
- Wiele i niewiele... Całe życie me się zmieniło. Ale dobrze jest porozmawiać z kimś podobnym samemu sobie. - Powiedział patrząc z zaciekawieniem na rozmówcę. - A widzisz, przysłano mnie tutaj bym dowiedział się kto stoi za zniszczeniem tej chatki i zaginięciem... teraz można powiedzieć zamordowaniem ze szczególnym okrucieństwem, dwójki myśliwych. - Mówił i rozłożył ręce z uśmiechem pokazując że ma wszystko jak na dłoni.

- Dlatego widzi pan panie Meren, może zechce pan wyjaśnić co pan tutaj robi? To bardzo ciekawe, zważywszy an to, ze przed kilkoma chwilami jeden z nich zmarł, drugi ciut prędzej...

Funeris Venatio:
- Nie zechcę - powiedział. Meren nie należał do najinteligentniejszych i najbystrzejszych z ludzi, mimo wszystko zdawał sobie sprawę, że bez sensu jest teraz tłumaczenie się. Widział nieraz w tych wszystkich karczemnych przedstawieniach, jarmarcznych teatrzykach, jak złoczyńca przed pojmaniem musi wyjawić wszystkie swoje plany, motywy, zdradzić ukrycie skarbów i zakładników. Poczynania totalnie bezsensowne i pozbawione dozy rozsądku. Lepiej działać szybko i zdecydowanie, chwytać życie za kark i nie patrzeć za siebie. Tak przynajmniej myślał Meren.
Zaczął więc unosić rękę w stronę Salazara, a z jego gardła zaczęły wydobywać się pierwsze litery jakiegoś słowa, które chciał szybko i usilnie wypowiedzieć.

//Twój przeciwnik jest człowiekiem, posiada ubranie wykonane z bawełny, nic specjalnego. Nie znasz jego specjalizacji u umiejętności, ale wiesz, że jest czarodziejem i chce rzucić jakiś czar.

Canis:
//Nie będę się kłócił... nie będę się kłócił... Powtarzam jak mantrę ale w niektórych momentach się po prostu no nie da... Jesteś prowadzącym wyprawę, nie mistrzem gry, to nie to samo  <poirytowany> .

Meren był bardzo biednym magiem... nawet biedniejszym od przeciętnego wiejskiego chłopa, skoro nie potrafił docenić prawdziwej głębi i uczucia magi w każdej sytuacji, skoro potrafił wszystko analizować szablonami i utartymi schematami.

Kandydat na rekruta w czasie tej rozmowy miał poważny orzech do zgryzienia. Problemem był dystans, który uroił się na poziomie 35 metrów, co generowało straszliwy problem. Potrafił zabić nie jedną, lecz wiele istnień jednym zaklęciem, doprowadzając do wrzenia tkankę łączną, krew, jednak musiał byś w odległości mniejszej lub równej 20 metrów... Teraz pojawiał się problem na ile sprawnym magiem jest rozmówca, czy walnie skomplikowane zaklęcie wymagające trudu i znoju w czynach magią, czy niewiele wymaga ono mitrężenia umysłu. Jednak wszystko zostało rzucone na szalę ślepego losu, którego emanacją była piękna Temida.

Salazar widząc, że Meren stracił zdolność kalkulacji Podjął kolosalne ryzyko, ale jednocześnie próbę rozwiązania kłopotu. Jako, ze miał na sobie miękkie, lekkie odzienie, a ciało jego zwinne i szybkie. puszczając wszelkie swoje zobowiązania typu cugle Pałasza i potężnym susem wprowadził swoje ciało w daleki skok na przód prowadząc swoje ręce przed siebie, by na nich zatrzymać ciężar i wybić się z nich by ponownie wyskoczyć akrobatycznym skokiem z wybicie rąk na nogi, by zmienić swój dystans na poniżej 20 metrów. drugi skok wymierzony był w bok, by jednocześnie zdekoncentrować dziada i zmusić do ponownej kalkulacji swojego zaklęcia. Po drugim skoku na bok już wylądował na brzuchu, skok akrobatyczny niczym na "szczupaka" do wody szorując brzuszkiem-napierśnikiem po tafli wody w tym wypadku oczywiście gleby, czy trawy. ręce miał wyciągnięte przed siebie a na kciuku lewej dłoni widniały piękne krople krwi, to w nich swój wzrok podczas lotu Salazar utkwił pamietając o właściwym celu swojego działania.

- Elhuxu! - krzyknął lądując na ziemi, kierując swoją dłoń w kierunku Merena, zaś swój wzrok kierując ku jego ciału.

Energia magiczna pobudzona słowem wypłynęła z ciała pod lewej dłoni kumulując się w miejscu drobnego rozcięcia na kciuku. Energia błyskawicznie połączyła się z krwią oddziałując na nią, zmieniając jej strukturę i przeobrażając na wiązkę czerwonej, krwistej energii magicznej, która posłana zgodnie z obranym celem przez Salazara ugodziła w Merena...

Wiązka bez problemu przedarła się przez odzienie i skórę łącząc z krwią przeciwnika. zaś krew w jego żyłach pobudzona energią zaklęcia momentalnie zaczęła wrzeć przyprawiając petenta o drgawki, konwulsje, aż wreszcie do śmierci, którą zwieńczyło zerwanie wszelkich śluzówek, a każdym otworem ciała pociekła z niego krew...

//Pewnie nie zdazyłem wszystkiego...? xD

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej