Tereny Valfden > Dział Wypraw
Próba Siły #12 - Salazar Trevant
Canis:
Człeczyna widząc rannego konającego elfa, był rad i szczęśliwy, że znajduje drugi obiekt i problem gdzie sę elfy sam się rozwiązuje a dalsze wyniki dochodzeniowe nie będą miały znaczenia osobistego, co tylko daje temu pozytywny wydźwięk i konieczność podjęcia moralnie sprzecznych decyzji...
Szybko podbiegł do czołgającej się osoby, by chwycić za dłoń, którą "ciągał" się po ziemi, włożył rękę pod pachę i przykląkł na kolano przy ciele, energicznym ruchem przełożył ciało obracając je na plecy i zapierając o swoją nogę, która klękał.
- Panie! Kto? Kto to zrobił? Pożar, kto wzniecił pożar? Kto was tak urządził... ciebie i drugiego... - mówił oglądając dokładnie obrażenia twarzy, głowy i torsu osoby. Wiedział, ze nie znajdzie mandragory by utrzymać osobę przy życiu, sam zaś chirurgiem nie był, ani to witalitę... jedyne co mógł zrobić, to skrócić mu męki, jednak dopiero, gdy usłyszy kto jest odpowiedzialny za ten stan jego ciała, chociaż to można w jego przypadku tłumaczyć zwierzyną, w przypadku poprzedniego nie, zaś jak ma się do tego spalona sadyba? właśnie, co się rozjaśnia, rzuca nowe cienie.
Funeris Venatio:
- Meren... Meren... Czaro... Cza... cza... Meren... - powtarzał konający myśliwy. Ten elf na twarzy miał całą skórę.
Canis:
- Czarodziej Meren? Gdzie on jest? czy on tak pokiereszował twarz twego kompana? czy on go zabił? czy ten sam zrobił ci to? czy ten sam spalił wam chatę? Dam ci zaznać spokoju tylko powiedz prawdę byś po śmierci nie zaznał cierpień... by twa droga nie była obarczona srogim posiłkiem Rashera... - Mówił wyczekując odpowiedzi, tak... wystarczyło by mu potwierdzenie...
Funeris Venatio:
Myśliwy chciał odpowiedzieć, ale tylko krwawe bańki unosiły mu się z ust. Rzężenie i chrobot w płucach zdradzały, że właśnie wypełniają się płynem, w którym całkowicie się utopią. ÂŁowczy jakimś cudem zdołał dwukrotnie skinąć głową, chociaż można też to było odczytać jako próbę podniesienia opadającej z bezsilności głowy. Salazar poczuł wstrętny smród moczu wdzierający się w nozdrza. Ostry zapach amoniaku zdradzał, że elfowi puściły już wszystkie zwieracze i skona w niedługiej chwili. Jego oczy, nadal otwarte, powoli zachodziły mgłą.
Canis:
Klęcząc na kolanie, ręką, którą przytrzymywał ciało na kolanie, sięgnął do kostki, skąd wyrwał z więzów srebrny sztylet i energicznym machnięciem trzymając ostrze zwrócone ku dołowi, zadał prostopadły cios prosto w czoło człowieka z zamiarem przebicia jego kości czołowej czaszki i uszkodzenia mózgu. Zatapiając ostrze na całą głębokość jednocześnie wyrwał broń z czaszki zaraz po dokonaniu tego ataku.
Odłożył ciało i z powrotem założył sztylet przy kostce. zaczął przyglądać się martwemu ciału, obrócił je na brzuch sprawdzał kieszenie w poszukiwaniu dziwnych przedmiotów.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej