Tajemnicza postać, z którą już kiedyś mściciel miała do czynienia, w pewnym sensie oczywiście, pojawiła się znikąd, zastosowała kilka swoich sztuczek by uratować Siliona i zniknęła. Tak nagle jak się pojawiła. Eve nie miała zamiaru zagłębiać się w tą sprawę, snuć teorie, doszukiwać się powiązań i snuć domysły.
Wreszcie, gdy odzyskała władze nad swym ciałem, a strach przestał nią władać, upadła na kolana zmęczona, z wyrazem twarzy, jakby nie mogła uwierzyć w to, co się tu stało. Skryła głowę w dłoniach.
-Silion, pamiętasz, gdy płynęliśmy na Chatal?... Wtedy też pojawiło się takie coś znikąd i "porwało" Salazara! Pamiętasz to?- mówiła szybko i ledwo zrozumiale podekscytowana, gdy się ocknęła. Obejrzała głowę mordercy z Metr, krew ubrudziła posadzkę. Kręgi, żyły, tętnice i ścięgna były nawet widoczne. -I ten dziwny język! Ta postać mówiła coś w dziwnym języku, którego nie rozumiem...- myślała głośno.
Wreszcie wstała i chwiejnym krokiem podeszła do Siliona. -Wiesz, dobrze, że nic ci nie jest. Przepraszam, że nic nie zrobiłam. Po prostu... po prostu nie mogłam. Byłam jak sparaliżowana - próbowała się tłumaczyć pełna skruchy.