Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Pewnej mroźnej nocy
Szarleǰ:
//: Dziękować dobry człowieku.
Szarlej wzruszył ramionami, obdarzył Artura wymownym spojrzeniem i wykrzywił usta w złowieszczym uśmiechu. Może nie był tak złowieszczy, jak sam by tego chciał, jednak z pewnością było w nim coś niepokojącego.
- No to wskakujemy - zadecydował. Nie wykonał jednak żadnego ruchu, co miało dać do zrozumienia rycerzowi, że to on powinien zbadać teren jako pierwszy.
Funeris Venatio:
- Potrzymaj pochodnię, panie Kanclerzu - powiedział Artur, podając mu tlące się łuczywo. Zdarł z siebie napierśnik, rękawice, ogólnie wszystkie blachy, które mogłyby pociągnąć go na dno. Nie wiedział czy tam jest głęboko, czy nie, ale nie usłyszeli żeby kamień uderzał o ziemię. Wycelował więc i postąpił krok naprzód, składając ręce przy ciele i biorąc haust powietrza.
Szarleǰ:
Szarlej przypatrywał się poczynaniom swojego towarzysza niedoli, kibicując mu z całego serca. Zdawał sobie sprawę, że może lekko nadużywa władzy i w ogóle jakiś taki zuchwały się ostatnio zrobił. Rycerz tolerował jednak jego impertynenckie zachowanie, toteż spijał tę słodką piankę unoszącą się kusząco na politycznym bajorze. Nora siedziała jakaś przybita i sprawiała wrażenie, jakby odebrała fale, które od jakiegoś czasu kanclerz emitował, fale bardzo negatywne. Bo rzeczywiście cała ta sytuacja wpędziła go w grobowy nastrój. Nawiązanie nie jest zresztą przypadkowe, bo zaczął się zastanawiać, czy dzisiejsza przygoda nie skończy się w grobie właśnie.
Artur w końcu wskoczył do dziury. Po chwili, gdy Szarlej usłyszał lądowanie, nachylił się nad otworem i rozglądnął w totalnej ciemności.
- I jak? - rzucił do rycerza, mając wielką nadzieję na pozytywną odpowiedź.
Funeris Venatio:
- Nie jest źle - rzucił z dołu Artur po niedługiej chwili. - Do sufitu mam spokojnie kilkadziesiąt centymetrów, jest tutaj sporo wody, ale jak wpadłem, to dotknąłem stopami o coś twardego, chyba dno. Poproszę pochodnię.
Szarleǰ:
- Tylko, na miłość boską, złap! - odpowiedział, nie zdając sobie sprawy jaki efekt może przynieść wypowiedzenie takiej kwestii. Rycerz mógł się przecież teraz bardziej zestresować, spiąć, obiecać sobie, że na pewno złapie. Bo przecież musi złapać. Musi... to słowo zapewne odbijało się teraz echem w jego głowie, przyćmiewając wszystkie zmysły i upośledzając jego zręczne ruchy. Mogło sprawić, że Artur zdekoncentruje się i popełni niewybaczalną gafę, skazując ich na śmierć w ciemnościach. Szarlej jednak nie przemyślał tego wszystkiego i palnął tę kwestię, jak gdyby rycerz bez tego nie zdawał sobie sprawy, ze złapać powinien. Pozostała jedynie nadzieja, że jest odporny na stres.
Kanclerz wciąż nachylając się nad dziurą uniósł głowę i spojrzał na Norę. Wciąż siedziała z boku, jakby smutna. W tej chwili zdał sobie sprawę, że jest ona dość istotnym problemem, gdyż motoryka jej gatunku raczej nie pozwalała na tak swobodne poczynania, jak skakanie do głębokiej dziury. Zresztą, sama nigdy by nie wpadła na coś tak głupiego.
- Jesteś w stanie odebrać Norę? - zapytał, zwlekając z przekazaniem pochodni rycerzowi. Nie mógł przecież pozostać obojętny na życie tego psiaka. Co prawda był krukiem, zdarzało mu się zabijać ludzi, czy inne pokraki i nie gryzły go później wyrzuty sumienia - ale do Nory zdążył się przywiązać i nie wybaczył by sobie, gdyby zgniła w tych zapchlonych ruinach.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej