Sternik Oporządzający kajuty, usłyszał krzeczenie papugi, Ary. Wszedl nieśmiało do kajuty pani kapitan i otworzył klatkę.
Papuga wyleciała przez kraty i szybując przez pokój przefrunęła przez drzwi i śmignęła w kierunku Evening.
Sternik wybiegł za nią próbując ja złapać, jednak nie miał szans. Papuga doleciała do Evening i próbowała usiąść jej na ramieniu.
- Chyba Mary panią polubiła, że tak do pani leci. Zechce ją pani zabrać ze sobą na wyprawę? - Zapytał sternik kłaniając się w pasie.
Ruszyliście do miasta, do którego prowadził szlak przez dżunglę. Rozglądając się wokół po zaroślach widzieliście mnóstwo ciekawych, rzadko spotykanych owoców, jak chociażby banany, czy pomarańcze, a zapach od nich roznosił się błogi i słodki, a zarazem ostry i kwaskowaty. mieszanina wielu jaskrawych barw oraz mnogiej ilości różnych zapachów, potrafiła zaciekawić nie jedną osobę i nie jedną istotę, wręcz zachwycić. Niemniej jednak waszym celem było miasteczko Fentil... Idąc szlakiem zauważyliście, ze drzewa się kończą a rozpoczyna się miarowe uderzanie siekier, dalej idąc zaciekawieni zauważyliście kilkunastu pracowników zajmujących się wyrębem tych zaskakujących zarośli, zarządca pracowników nadawał ton i rytmikę pracy zaś 12 pracowników uderzało siekierami i toporami w drzewa co rusz po kilkunastu uderzeniach kładąc kolejne bele na ziemię.
Kiwnęli dow as dłońmi, idąc dalej widzieliście setki i tysiące pni pozostałych po ściętych drzewach, ktoś by mógł pomyśleć, ze dewastują okolicę, dalej widzieliście już ładną aparaturę, wyglądała jak machina oblężnicza, katapulta, jednak nie do tego to służyło. pracownicy pchali je za sobą na tyle wyrębu i obkopywali pnie, a następnie wykorzystując drewnianą konstrukcję wyciągali pnie z ziemi.
Dalej idąc zauważyliście koniec wyrębów, a pojawiła się przed wami dużej wielkości pusta przestrzeń, którą zajmowały pola uprawne, gdzie rosły zboża, rośliny jadalne nam znane jak ziemniaki, ogórki czy pomidory! Wiedzieliscie, ze to wszystko po to, by móc prowadzić tu względnie normalne znane nam życie.
Idąc wśród pul i łąk dotarliście do bram murowanego miasta, a tam stało dwóch strażników odzianych w biel i czerń, zwali się strażą marchii Chatal. Nie zatrzymywali was, pozwolili wejść spokojnie do środka, a tam dojrzeliście szeregowo budowane niskie domki, byliście na drobnej alejce prowadzącej wprost na plac centralny mieściny. Mijając domki i idąc na wprost widzieliście mnogą ilość ludzi toczących codzienne handlowe spory kupujących żywność i ją sprzedających. Co rusz ktoś pytał czy nie chcecie cytryn czy pomarańczy, a może bananów? Wybór był wasz, był spory a jednak niecodzienny i inny a niżeli Valfdeński, ekspert językowy powiedział by, ze to było coś orientalnego dla nas, a jednak codziennością dla osób żyjących na Chatal...
Na centralnym placu znajdowała się jedna największa budowla, Tawerna "w rzyci!", jakże chwytliwa i niecodzienna nazwa witała gości, którzy chcieli by się posilić, coś zjeść czy wypić.
Cały spacer zajął wiele godzin i tak z godziny 6tej rano, zbliżała się już 19ta.