Tereny Valfden > Dział Wypraw
Wschód słońca
Dragosani:
Gnojek wlepił w Evening te swoje oczyska. Zupełnie jakby chciał wyssać nimi jej duszę. Może też tak było, dzieciaki potrafiły być straszne, zadawać się z siłami ciemności. Jak choćby z żulami czy kotami. A jak powszechnie wiadomo, koty pożerają ludzkie duszę poprzez spojrzenie, bo to podmioty Otchłani są. Dzieciak przetarł łzy. Znów rękawem.
- Nieee... - odpowiedział. Wskazał na jedno z pobliskich drzew. Jedno z takich wyższych, w dodatku pozbawionych gałęzi na niższej części pnia. W górze za to gałęzi było sporo. I pośród nich...
- Sir Hammerlock jest tam. Wystraszył się psa, wszedł i nie może zejść. - Sir Hammerlock był kotem. Młodym dość, o jasnej, pomarańczowej sierści. Siedział na jednej z gałęzi i miauczał przeciągle.
Evening Antarii:
Jego spojrzenie było takie... dziwne i mroczne... Ciekawe co takie panie przedszkolanki muszą sobie myśleć będąc otoczone przez całą zgraje takich małych biegających denerwujących istot. I jeszcze to wycieranie się w rękaw, fuj! Potem cała bluzka jest do prania. -Ej mały, masz chusteczkę- wyjęła jakąś z kieszeni i podała chłopcu. Wcale nie zużytą! -... bo nie mogę na to patrzeć- burknęła zrozumiale tylko dla siebie.
-Ehe, no dobra. Mówisz, że tam siedzi twój kiciuś?- Eve wstała, wyprostowała się i okiem znawcy zmierzyła drzewo. Przymknęła jedno oko, wyciągnęła dłoń przed siebie i kciukiem "wymierzyła" jego wysokość i szerokość. Potem podparła się rękoma o biodra oceniając swoje szanse w starciu z drzewem, i z kotem też. W sumie mogła pójść na łatwiznę i żyć telekinezy - tak będzie prościej. Nie chciała być podrapana przez tego milusińskiego pupila.-Doobraa, nie ma na co czekać. Trzeba uratować sir Hammerlocka. Swoją drogą, fajne imię mu wymyśliłeś, mały- odpowiedziała zmierzając pod drzewo. A między gałęziami bez trudu ujrzała ryżawego kocura. Całkiem dużego, dorodnego. Stanęła pod gałęzią i nie siląc się na żadne wchodzenie i ryzykowanie życiem - skupiła energię umysłu i przez telekinetyczny impuls pchnęła kotka lekko w bok, tylko tak na próbę żeby nie zrobić mu krzywdy. A potem dzięki tej niezwykłej umiejętności, formując coś w stylu telekinetycznej dłoni, postawiła kocura na ziemi.
Dragosani:
Dzieciak wziął chustkę od Evening i wytarł nią twarz. Oczywiście jeszcze bardziej tylko porozmazywał po niej łzy i kto wie co tam jeszcze. Ale przynajmniej nie wycierał się rękawem! Zawsze jakiś postęp. W tym czasie panna Antarii zajęła się akcją ratunkową kota. Gdy lekko traciła go impulsem telekinetycznym, sir Hammerlock wczepił się mocniej pazurami w gałąź. Jednak nie uchroniło go to przed działaniem mocy umysłu zakonnicy. Zsunął się z gałęzi. Szczęśliwie Evening złapała go w telekinetycznym uścisku. Kot był przerażony. Bał się nawet poruszyć. Przez to Evening trzymała go jakby był tylko jakimś przedmiotem. Będąc już dość nisko kot nagle szarpał się i zeskoczył na ziemię. Był na tyle nisko, że nic mu się nie stało. Z wrodzoną kocią wdzięcznością czmychnął gdzieś w krzaki.
- Sir Hammerlock! - zawołał dzieciak. Już chciał za nim pobiec, lecz zerknął na szlachciankę. - Dziękuję, starsza pani. - Skłonił się lekko, zapewne tak, jak go uczono kijem. Albo bezstresowo, kto tam może wiedzieć. Oddał chustkę wybawczyni kota i pobiegł w krzaki szukać zwierzaka.
Evening Antarii:
Uff, obeszło się bez zadrapań od gałęzi. Zdecydowanie latający kociak mógł wzbudzić więcej emocji, niż zakonnica wspinająca się po drzewie. Jedno z jej marzeń z listy właśnie się spełniło- może to dziwne ale Eve zawsze chciała uratować kota z drzewa i w ten sposób wykazać się odwagą i nienaganną postawą obywatelską! Jak fajnie, że dziś jej się to udało.
Ale gdy usłyszała słowo STARSZA, aż nie wiedziała co powiedzieć. Tak ją zatkało jakoś. Jednak nieprzespana noc dodaje kilka lat. Trzeba było więcej tego pudru nałożyć. Przyjęła zasmarkaną chusteczkę, spojrzała na nią z lekkim niesmakiem i wetknęła do kieszeni; później się to wyrzuci.
-Nie ma za co. Miłej zabawy z kociakiem- chociaż taki zawszony kocur to też spore niebezpieczeństwo. Ale niech się chłopak hartuje.
Dziewczyna odprowadziła chłopca wzrokiem, aż zniknął całkowicie w pogoni za rudym zwierzakiem. Kilka takich i ładny dywan dałoby się zrobić.
Pogoda zachęcała do dalszej wędrówki, nie było gorąco, więc nawet tak nie śmierdziało. Eve zostawiła drzewo i park za sobą, sir Hammerlock już dawno zniknął, chłopak też. Kierunek: centrum.
Dragosani:
Kierunek: centrum. I jak Evening postanowiła, tak też zrobiła. Ruszyła w stronę centrum miasta. Przejść musiała kawałek, kilka ulic ledwie. Ani daleko, ani blisko. Ot, kawałek drogi. Szła więc przed siebie nie niepokojona przez nikogo. Inni przechodnie bardziej byli zajęci swoimi sprawami, aby zwracać na nią większą uwagę. Nie przyciągała nawet jakoś wiele spojrzeń mężczyzn. Niewyspanie i dość zwyczajny strój robiły swoje.
Minęła kolejne uliczki, aż dotarła w końcu na rynek. Nie było to jeszcze centrum, ot zwyczajny rynek. Nawet nie główny targ miasta. Nieduży placyk na którym to kilkunastu kupców rozstawiło stragany, aby sprzedawać swoje towary. Nie były one wyszukanie. Głównie towary codziennego użytku. Do tego w jednym z budynków otaczających płac była piekarnia. Nosa Evening dobiegł niezwykle zachęcający zapach świeżego pieczywa. Uszy zaś wychwytywały gwar z rynku. Sprzedawcy i sprzedający rozmawiali między sobą na różne tematy, wymieniali towary i pieniądze. Ot, zwykły dzień na targu. Evening zaś, prócz zapachu pieczywa, czuła także coś jeszcze. Nie nosem. Czuła lekkie mrowienie na karku, jakby czyjeś spojrzenie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej