Sprawy potoczyły się szybko. Najpierw Isentor jakimś telekinetycznym impulsem odepchnął człowieka na bok, posyłając go na jedną z brzózek. Potem Devristus pustelnik wyrzucił przed siebie swoją nieodłączną latarnię, która w locie zmieniła się w miniaturowego gryfa, pędzącego w stronę Isentora. Ten postawił przed sobą barierę złożoną z czarnej mgły, która miała postać wielkich dwóch szponiastych łap. Owe łapy pochwyciły gryfa i szarpiąc się z nim, podarły go na strzępy. Następne dwa zaklęcie wydawały się bliźniaczo identyczne - zarówno Isentor jak i Devristus wyrzucili przed siebie dłonie i wypowiedzieli po krótkim słowie, wylewając ze swoich niematerialnych ciał strumień czerwonego światła. Dwa pociski spotkały się w połowie i eksplodowały w kontakcie, łamiąc wiele okolicznych drzewek i jeszcze raz rzucając człowiekiem stojącym obok na ziemię. Nie ujrzał więc ostatniej próby pokonania przeciwnika, gdy obydwaj popisali się sprytnym i zdradzieckim zagraniem. Każdy z nich rzucił dwa zaklęcia. Jedno z nich poleciało prosto, drugie po łuku. Te lecące na siebie zanihilowały się szybko, a omijające uderzyły z potworną siłą w dwa duchy i po prostu zdematerializowały je. Człowiek podniósł się z ziemi i dostrzegł tylko, że krzyż Devristusa został złamany na pół. Ani widu ani słychu dwóch duchów.