- Behtrezen, za nami! Osłaniajcie wymarsz, bądźcie czujni. Ruszamy w stronę sztabu dowodzenia, Evening idziesz ze mną. Gordianie - zwrócił się do Pierwszego Kapitana Valfden - wychodzi na to, że statek jest pod Twoim dowództwem do czasu aż nie rozeznamy się w sytuacji.
Anioł wskazał mieczem kierunek Bractwu i zszedł z Aragornem i Evening ze statku. Ich okute w rudę buty uderzyły o bruk nadbrzeża. Gdzieś tam z boku najpewniej kroczył również Dragosani, bo jak to tak by było, że by nie ruszył z nimi. Bethrezen rozlokowywał dziesiątki rycerzy po całej szerokości pasa, którym podążali. Jednostki uzbrojone w buzdygany, kiścienie i młoty, schowane za mocnymi tarczami z godłem Bractwa. Czujni, wzrok schowany za przyłbicami hełmów lustrował otoczenie. Smród spalenizny dochodzący od zabudowań wwiercał się w nozdrza, lecz oni byli twardzi. Oni byli elitą, oni byli rycerstwem królestwa Valfden. Bethrezen Hatton ze swoją dziesiątką robił za szpicę, obok niego w szyku szli dracon, anioł i jego narzeczona. Po niedługiej chwili dotarli do placu przed burdelem, gdzie zajęli obronne pozycje przy ścianach i gruzowiskach. Każdy był uważny, rozglądał się wokół. Evening, Aragorn i Funeris weszli do środka. Ujrzeli tam kilku Kunan, którzy ślęczeli nad mapą portu w towarzystwie Melkiora Tacticusa. Poeta wzrokiem szukał Szablastozębnego.
- Zartat jest z Wami, bracia - powiedział, przekraczając próg.