Tereny Valfden > Dział Wypraw
Themo sam w Mealdur Aernh
TheMo:
Kiedy Themo podążał kierowany swoim nosem ujrzał niewielkie drzwiczki. Czyżby to była brama do niebios? Lepiej się przekonać. Zdjął z siebie futra i zszedł z sań. Nakazał Rudolfowi grzecznie zostać. By go zatrzymać odpiął nocnik z krwią i podłożył go pod pysk wampira. Zostawiając tak wierzchowca i sanie wyjął miecz i zacząć schodzić z urwiska. Jednak po chwili schował miecz, bo mógłby się przewrócić i nadziać na niego. A to nie byłoby szczęśliwe zakończenie. Więc powoli, krok po kroczku, twardo i pewnie układając nogi, mocno trzymając się wystających kamieni, czy innych rzeczy możliwych do chwycenia, zbliżał się ku dołowi.
Gordian Morii:
Dotarłeś do wejścia pieczary skradając się doń jak wielki puchaty od wszędobylskiego śniegu kocur. Już miałeś próbować wyważyć odrzwia gdy mocne pchnięcie z zewnątrz wypierdzieliło Cię w zaspę.
- Co to jego kurwa mać? Prymarzło? - usłyszałeś skrzeczący głos przepitego krasnala, który wynosił na zewnątrz ciepłą maziaję, będącą w sumie pozostałością po produkcji bimbru.
Krasnal przyjrzał się czerwonej zaspie i po sekudzie szybkich procesów myślowych rzekł
- Co jest kurwa?
- - E ty, coś za przychlast?
TheMo:
Themo szybko się pozbierał i wstał. Otrzepał się ze śniegu i poprawił swoją czerwoną czapeczkę. Ukłonił się krasnalowi i przedstawił.
- Jestem święty Themo, roznoszę niewielkie upominki w ten zimowy okres. Dotarłem tutaj zwabiony przecudnym zapachem najszlachetniejszego trunku na tym boskim świecie.
Sam nie wiedział, czemu tak się wyraża. I to do krasnoluda. Jeśli chodzi o rozmowy z krasnoludami, głównie Yarpenem, swoistym opiekunem Bękartówm to zwykle dyskutuje co będą pić a potem bełkot, którego nikt nie pamięta. Chyba za bardzo wczuł się w rolę.
Gordian Morii:
- Panie kochany toś trafił na nas jak ślepy do burdelu! Jorgij cho no tu! - krzyknął do środka jamy i łapiąc mocnej michę z papą wylał ją w cholerę, bo zaczynała przymarzać.
Z jaskini wyczłapał po chwili jakiś drugi czerwony z gęby krasnolud, z szaroczarnym fartuszkiem, który miał być prawdopodobnie gwarantem higienicznej czystości wewnątrz bimbrowni.
-Co to za cudak?
- Nie cudak, a nasz patron! ÂŚwięty Bibrikus od flaszki i korka! - pieprznął go otwartą dłonią w tył kudłatego łba.
- Zapraszamy w gościnę. Jadła Ci u nas niedostatek, ale bimbru to i beczkę damy. Wchodźże, chyba, że się śpieszysz?
TheMo:
Themo uśmiechnął się w duchu i na ciele. Wszakże takiego zaproszenie nie wypada odmówić. Krasnoludy wiedzą jak zaspokoić strudzonego wędrowca.
-Na dobry trunek i dla miłych gospodarzy zawsze znajdę czas.
Otrzepał buty, by nie nanieść wody ze śniegu do czystej destylarni. Przekroczył próg i poczuł ciepło z ogniska pod kotłem, a zapach fermentujących owoców i ziemniaków. Tradycyjny przepis. Zajął wskazane miejsce przy niewielkim stole na którym stały już naczynia. Wsłuchiwał się w dźwięk kapiącego bimbru z rurek do naczynia w którym zbierał się cały płyn.
-Niestety, sanie z ładunkiem zostawiłem na górze, więc nie mam jak się wam odwdzięczyć. W sumie mam! Okolica niebezpieczna, weźcie te miksturki, na pewno wam się przydadzą. A może jakiś leczniczy bimber wynajdziecie z tego.
Odpiął od pasa swoje dwie miksturki i położył je na stole, przed krasnoludem.
//Oddaję: Mikstura leczenia ran (0,3l), Gnatozrost (0,4l)
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej