Tereny Valfden > Dział Wypraw

W oczekiwaniu na nieuniknione

<< < (2/14) > >>

Funeris Venatio:
Człowiek ukłonił się już po raz trzeci i ręką wskazał kierunek, w którym kobieta i tak niechybnie zmierzała. Ruszyli więc do karczmy, która uchodziła za najpopularniejszą w całym wielkim mieście, jakim był Efehidon. Po kilku minutach milczenia ze strony nieznajomego doszli do osławionego zajazdu. Przekraczając próg zostali z szacunkiem przywitani przez właściciela. Patricia ze względu na swój status i pozycję, a jej towarzysz... no nie była pewna. Może to dlatego, że pojawili się razem, a może z innego powodu? Karczmarz mimo wszystko wydawał się dobrze rozpoznawać postać w kapturze.
- Wina, najlepszego. Wiesz gdzie - powiedział nieznajomy, a oberżysta giął się w ukłonach i prędko popędził na zaplecze do swoich najznamienitszych zapasów. Kobiecie został wskazany kierunek schodami na górę na tę część zajazdu, gdzie pomieszkiwali naprawdę bogaci goście. Patricia świetnie zdawała sobie sprawę, że cztery izby są w remoncie, więc tajemniczy London zamieszkał w tej piątej. Największej i najbardziej wykwintnej.

Patty:
Wszechwiedzący narrator trafnie, tym razem, odgadł me myśli, zatem nie tracąc zbędnego czasu ruszyłam na górę, pnąc się szybko schodami na piętro. Choć cała sytuacja była dość daleka od normalności, nie traciłam nadziei, że wszystko to nie skończy się zwykłą rzeźnią, jak to zazwyczaj bywało. Zatem z umysłem pełnym ambiwalentnych uczuć, do jedynej obecnie wolnej, piątek izby.

Funeris Venatio:
Przed drzwiami stał pachołek, który, gdy tylko zobaczył panią mściciel, zgiął się w ukłonie i otworzył szeroko drzwi. Zaprosił gestem do środka. Wnętrze było przestronne. Wielkie łoże, spory zastawiony stół i kilka krzeseł. Mimo wszystko była to oberża, nie willa w dzielnicy szlacheckiej. Tyłem do wejścia, zajadając się pieczoną kaczką, siedział pewien mężczyzna. Na pierwszy rzut oka dosyć sędziwy, w wystawnym wamsie, świetnie posługujący się nożem i widelcem, co było raczej rzadkością, nawet wśród wyższych sfer.

Patty:
ÂŚmiało weszłam do środka, nawet delikatnie zdziwiona, że nikt nie próbował odebrać mi broni, której miałam kilka egzemplarzy przy sobie. Może nie było takiego obowiązku albo onieśmielała ich moja ranga i nie chcieli odbierać hetmanowi oręża. Wzruszyłam mentalnymi ramionami i spojrzałam dokładniej na mężczyznę, siedzącego przy stole. Ciężko było ocenić człowieka na podstawie jego rewersu, toteż porzuciłam ten zamiar i odchrząknęłam cicho.
- Witam - przywitałam się krótko. Wszak to mnie tutaj zaproszono.

Funeris Venatio:
- Witaj, Patricio. Zasiądziesz? - Głos wydawał się znajomy. Ręką, w której nadal trzymał kaczkę nabitą na widelec wskazał wolne krzesło z zastawą naprzeciwko swojego miejsca. Mniej więcej wtedy, czyli bardzo szybko, pojawił się karczmarz z winem. Winem, które pachniało przednio i było niczym ambrozja. Stał w przejściu czekając na pozwolenie wejścia, którego nikt mu jeszcze nie udzielił. Najpierw pani hetman, to ona tutaj była ważnym gościem.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej