Tereny Valfden > Dział Wypraw

Miękki niczym skała II

<< < (28/29) > >>

Funeris Venatio:
Na zewnątrz, przywiązane do konowiązu, stały dwa wierzchowce. Dwie identyczne jabłkowite klacze. Silne, zdrowe, popijające wodę ze żłobu.

//Na wyprawie nie ma możliwości zdobycia konia, więc się do nich zbytnio nie przywiązuj. :)

Evening Antarii:
  Na dworze mrozu nie było, ale Eve potarła ręce o siebie, gdy poczuła chłód... pewnie już prawie poranka. Na zewnątrz stały pięknej maści konie - a raczej klacze, jak się okazało po sprawdzeniu. Wyglądały przyjaźnie, raczej zadbane. Stały spokojnie, od czasu do czasu podrygując jedną nogą; jedna klacz nawet parsknęła wesoło. Pożyczę je sobie. W pobliżu i tak nikt się nie kręci.
  Evening co nie co o jeździe konnej wiedziała. Wciąż przecież pamiętała polowania z ojcem w pobliskim lesie. Konie bardzo w tym pomagały, gdyż leśna zwierzyna koni się nie bała i daleko nie uciekała. Można było oddać z niedużej odległości celny strzał. Konie jej ojca nie były jakieś wyjątkowe. Kilka kasztanowych ogierów i tyle. A gdy Eve była młodsza, nawet nie mogła się do nich zbliżać.
   Podeszła do koni i każdego pogłaskała delikatnie po pysku, podziwiając ich maść. Jabłkowite są najpiękniejsze, oprócz tych w kolorowe łaty (i tęczowych jednorożców). Odwiązała najpierw jedną, potem drugą. Wgramoliła się na klacz stojącą bliżej, poprawiła się na jej grzbiecie i starała się przypomnieć podstawowe zasady. Poszło całkiem łatwo. Lejce tamtej przywiązała do siodła pierwszej, by obiema rękoma mogła swobodnie "sterować".
  Ruszyła najpierw powoli w las, w stronę z której przyszła. Konie posłusznie mknęły przez trakt, a potem między drzewami. W końcu po pasie wykarczowanego lasku puściły się galopem, dodatkowo zachęcane wesołym "wiiooo", gdyż na ich drodze nie było żadnych przeszkód i czuć było, że sprawia im to przyjemność. Tętent kopyt odbijał się głuchym echem od ściany lasu. Lekka dziewczyna podskakiwała charakterystycznie, a włosy rozwiał chłodny wiatr.
  W oddali majaczyły światła Bractwa; zbliżała się już z powrotem "do domu". (Bo chyba tak można teraz nazwać Bractwo? Jej domem). O ile dłużej musiałaby iść pieszo? Konie nie oparły się pogodzie i parskając od czasu do czasu doprowadziły ją do celu.

Funeris Venatio:
//Nie dość, że morderca, to jeszcze złodziej... :D

Evening dotarła w okolice południowej bramy. Z daleka została okrzyknięta, by podała swoją tożsamość i nie zbliżała się na więcej, niż miejsce, gdzie stoi. Czyli 70 metrów. I 13 centymetrów. I właśnie wtedy nastała rewolucja. Wielka bitwa naszych czasów, zaciekła, mordercza, okrutna. Eve poległa w niej czując, że za chwilę dopadnie ją biegunka. Straszliwa. Niemożebna.

Evening Antarii:
//  ;(


  Szczęście w nieszczęściu, można by rzec. Całą drogę przejechała bez większych niespodzianek, ale teraz...? Zdążyła jedynie wybełkotać swoje imię i nie bacząc na strażników, gapiów (ich miny były bezcenne) oraz barci i sióstr z Bractwa, dopadła do bramy sprintem (zeszła poniżej 10-ciu sekund w biegu na 100 metrów), rozejrzała się dookoła szukając wychodka, z dziurką w kształcie serduszka najlepiej.
  Drewniane drzwiczki otworzyła z impetem i z takim samym impetem je zamknęła, po czym usiadła na klozecie częściowo zadowolona, że udało jej się dostać AÂŻ tu, bez przykrych niespodzianek na oczach całego Bractwa. Jednak to nie był koniec jej przygód, bowiem żołądek opróżniał się właśnie. Eve czuła ulgę, jednak nie pocieszało jej to wcale, gdyż wiedziała, że cała zabawa zacznie się od początku - no może będzie trochę lżejsza, bo i w jej brzuchu już niedużo zostanie. Na szczęście było jeszcze ciemno i tylko nieliczni mogli usłyszeć przedziwne dźwięki dochodzące z drewnianej budki... Chyba każdy mógł sobie wyobrazić co się tam dzieje. Nie potrzeba więc było szczegółowych opisów całej, niezręcznej sytuacji.
  Wiadomo, bywają dni lepsze i gorsze. Ten chyba należał do tych drugich. Evening przysięgła sobie, że już nigdy żadnego karczmarza nie sprowokuje - ba, nawet nie spróbuje go zdenerwować!
  Gdy cała sytuacja się uspokoiła, Evening zdecydowała się w końcu wyjść. Pomachała dłonią przed nosem i rzekła do strażnika stojącego niedaleko - Lepiej tam na razie nie wchodzić... Niech się wywietrzy. Fekaliox. - wytłumaczyła, chcąc jakby usprawiedliwić swoje zachowanie.
  Teraz chciała przede wszystkim skoncentrować się na dostarczeniu informacji Gerinowi...

Funeris Venatio:
//Moje serce smuci się, gdy widzę takie minki jak ta płacząca. :(

Drogę przeciął Ci Roger Waters. To w końcu on był twoich chwilowym przełożonym.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej