Tereny Valfden > Dział Wypraw
Jak w klimatyczny sposób na morzu zdobyć drewnianą stopę [...] ?
Gordian Morii:
- Widzisz Ericu wojna to taki dziwny okres, po którym wszyscy pragną pokoju, a powojenne zniszczenia muszą zostać w szybkim tempie odbudowane, a cóż jest lepszym źródłem uzupełnienia zapasów niż ekspresowe dowiezieni ich z sąsiednich bogatych państw? Co do towarów jakimi będziemy handlować, to prócz żywności i rud metali posiadamy na wyspie wspaniałych rzemieślników, których towary są niezwykle konkurencyjne w odniesieniu na przykład do rzemieślników krasnoludzkich, którzy za swe wyroby, często nie idealne żądają horrendalnych cen. Później są skóry i trofea, które tak ukochał Ishgar, jest bardzo dużo możliwości. Wystarczy chcieć i zrobić coś, żeby plany stały się czynami. Najpierw jednak trzeba się przygotować. Moim celem jest po pierwsze wzmocnienie Atusel, jako głównego ośrodka handlowo-przeładunkowego. Wybudowanie od zera kilku nowych przystani w strategicznych punktach wyspy, dzięki czemu kapitanowie mogliby znaleźć schronienie przed burzami czy innymi nieprzyjaznymi sytuacjami. A na koniec chciałbym wybudować sieć fortów granicznych, ze stałymi garnizonami, które broniłyby morza przed piratami umożliwiając kupcom bezpieczne poruszanie się wzdłuż wschodniego wybrzeża.
Eric:
- Twoje plany zakładają jednak, że to my wyjdziemy zwycięsko z wojny, jak również będziemy w pozycji do udzielania tejże "pomocy". Nie zapominajmy, że wojna będzie wyniszczająca dla obu stron, niezależnie od jej końcowego rezultatu. Chociaż sprytny kupiec i w takim układzie znajdzie dla siebie korzyści. A na takiego mi wyglądasz. Podoba mi się twoja koncepcja, Gordianie. W miarę swoich możliwości chciałbym ci pomóc i zaangażować się w ten projekt. Oczywiście nie bezinteresownie. Nie jestem świętoszkowatym samarytaninem, za swój wkład oczekuję udziałów. Tobie raczej nie muszę tego jednak uświadamiać. A w międzyczasie... Gdzie my tak właściwie płyniemy?
Gordian Morii:
- Jeśli przegramy wojnę to moje plany i tak będą bezsensowne, bo po prostu zginiemy a Valfden zostanie unicestwione. - odpowiedział.
- Tym razem jednak wojna nie będzie prowadzona na naszym terenie, a więc straty naszej gospodarki, będą dość ograniczone, dzięki czemu ufam, że lokalny przemysł szybko się podniesie i uzupełni ewentualne straty w ludziach. Co do tej bezinteresowności to jestem bardzo niepocieszony, bo myślałem, że Wy druidzi cieszycie się z każdego kwiatka i nie przykładacie zbytniej wagi do dóbr materialnych.. - miał mówić dalej, ale dopadł Cię Matt.
- Dobra, koniec wakacji, pod pokład obierać ziemniaki. Ludzie muszą jeść.
Eric:
- Nie myl mnie z Proganem! - zdążył jeszcze rzucić, nim muskularne ramię Matta wciągnęło go pod pokład. W całej tej scenie było coś dramatycznego, zupełnie jakby zaraz Eric miał rzucić jakiś ostateczny, pożegnalny tekst w stylu "biegnijcie, głupcy!". Ale przecież chodziło tylko o głupie kartofle, prawda? Wystarczył mały scyzoryk, rachu ciachu i załatwione. Nie mniej perspektywa gotowania dla całej załogi nie napawała zbytnim entuzjazmem. Eric już wyczuwał jak na dłoniach formują mu się bolesne odciski i pęcherzyki. Oby dostał kogoś do pomocy!
Pod pokładem było trochę cieplej. Może dlatego, że nie wiał ten przeklęty wiatr, a i krzątało się tu teraz więcej ludzi. W powietrzu dało się wyczuć atmosferę nadchodzącego posiłku. Jak również kilka innych, mniej powabnych woni. Nozdrza Erica zdecydowanie nie pochwalały ich swawolnych praktyk. Czyżby znowu usłyszał żałosny kwik świń? Okręt uformował wokół siebie bardzo energiczną i nieco chaotyczną sferę życia. Jakimś dziwnym trafem Eric znalazł się wewnątrz niej i właśnie trzymał w ręku scyzoryk, którym metodycznie obierał ziemniak po ziemniaku, każdą sztukę po zakończeniu wyniosłego rytuału wrzucając do wielkiego garnca z wodą. Nie skupiał się już na wykonywanej czynności, każdy ruch był niemal automatyczny, jak to zwykle bywa przy oddawaniu się na dłuższy czas powtarzalnemu, prozaicznemu wysiłkowi. Jego myśli krążyły wokół gibkiej sylwetki Pani Kapitan. Kilka godzin temu, jeszcze wewnątrz tawerny Tomiego. Musiała tam w nim coś zobaczyć, nie miał wobec tego wątpliwości. Pamiętał jeszcze dokładnie sposób w jaki na niego patrzyła, perfekcyjnie białe ząbki uformowane w perlistym uśmiechu. Przecież to wszystko nie mogło być tylko efektem przedawkowania rumu, prawda? Jakie mogła mieć wobec niego plany? Cóż, jak do tej pory tylko go wykorzystywała... Ciągle jednak w nieprawidłowy sposób. Nie mniej był pewien, że w jakiś sposób była nim zainteresowana. Ciął kartofle z zupełnie nową zawziętością. Pyry, ziemniaki, psianki, grule - kogo one obchodziły? Znacznie ciekawszymi obiektami były przecież melony, arbuzy, brzoskwinie... Ale nimi załogi morskich łachudrów nie nakarmisz, oj nie...
Gordian Morii:
Gdy garnek był już pełen pełniący funkcję kuka żeglarz wręczył Ci miotłę i kazał zamieść wszystkie obierki i rzucić je świniom, które zaczęły już powoli domagać się jedzenia. Swoją drogą czyż nie było to piękne? ÂŚwinki cały czas myślały, że odbywają szaloną podróż dookoła świata na pokładzie osławionego brygu "Zemsta księżniczki", a służący na nim ludzie nawet dawali im jeść. ÂŚwińskie niebo, powiedziałby ktoś gdyby takie miejsce istniało. Niestety pocieszne i przy okazji samobieżne fabryki mięsa nie zdawały sobie sprawy (mimo rzekomej inteligencji porównywanej z tą, którą posiada 3-letnie dziecko) z tego co je czeka w niedalekiej przyszłości. Ale tyle o świniach.
- Jak skończysz to weź jeszcze ogarnij mesę. - rzucił do Ciebie Fil i zajął się gotowaniem ziemniarów, które miały być podane z gulaszem zabranym jeszcze wczoraj wieczorem z Atusel.
Tymczasem na pokładzie... Gordian rozkoszował się kolejnym rejsem, w którym nie musiał martwić się o nic i mógł z wielką przyjemnością oddać się powolnemu bujaniu okrętu rozkołysanego przez niebieski bezmiar wód. Zbliżali się powoli do celu ich podróży którym miał być niewielki archipelag... zaraz, zaraz jak on się nazywał.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej