Tereny Valfden > Dział Wypraw
Konkordat puszczy i kniei
Progan:
Progan jednak nie odpowiedział ani słowem tak marszałkowi jak podskarbiemu. Stał przed królem wypełniając zadanie powierzone mu przez Pana puszczy i kniei. Lithan stał zagadkowo uśmiechnięty, jednakże nie odezwał się słowem. Drasul stał z tym samym wyrazem zmartwienia jak na początku.
Eric:
Eric sięgnął po bochenek chleba leżący w jednym z wiklinowych koszów przyniesionych przez królewskich sługusów. Ku jego zaskoczeniu pieczywo nie było stare, zeschłe i twarde. Wręcz przeciwnie - wydawało się, że wypieczono je stosunkowo niedawno. Zarumieniona skórka, lekkie ciepło bijące od każdego z bochenków i apetyczny aromat, który w mig rozniósł się po okolicy - wszystko to sugerowało, że wypieki są świeże, smaczne i bynajmniej nie uchowały się w jakiejś ciemnej, wilgotnej piwnicy jednego z podlejszych spichlerzów, a być może mają co nieco do czynienia z świeżymi bochenkami wystawionymi tego ranka na sprzedaż we wszelkich efehidońskich piekarniach.
- Ciekawe, co tam się dzieje... - mruknął do siebie, w przerwie między gryzami. Pieczywo było pierwszej klasy, tak jak mu podpowiadały wszystkie zmysły.
Eric:
Eric ze smakiem skończył jeden bochenek. ÂŁapczywie dorwał się do kolejnego. Zmierzył złocisty wypiek zapalczywym wzrokiem, a w spojrzeniu owym nie było ni krzty zażenowania czy powściągliwości. Patrzył jak na roznegliżowaną kobietę, która niewinnie stara się osłonić swoje atrybuty. Jak drapieżnik na ofiarę. Jak dendrofil na stary, dojrzały i ustabilizowany emocjonalnie dąb. Słowem - pożądliwie, wyuzdanie i z pełną premedytacją. Nie zastanawiając się długo, przełamał dorodny owoc piekarskiej sztuki na pół. Chleb pękł, wydając apetyczne chrupnięcie. Na Erica podziałało to jak afrodyzjak. Odpowiednik libido w sferze gastrycznej jego organizmu zaczął świrować. Zarumieniona skórka. Aromatyczny zapach. Miękka zawartość. Jego żołądek drżał z podniecenia, a kubki smakowe domagały się rozerwania ofiary na strzępy. Gryz. Krótki moment ekstazy. Niebiańska rozkosz, jak z obietnic burdelmamy w zamtuzie wyższych sfer. Kontynuacja swawolnych pieszczot po przełnięciu. Zmielony pokarm w nieuchronnej wędrówce ku ostatecznemu przystankowi, wierzący w reinkarnację, ale mający wkrótce srogo się zawieść nowym wcieleniem. Kontynuacja procesu. Pszenni pobratymcy w wędrówce za protoplastami gatunku. ÂŻmudna, niekończąca się wędrówka po odmętach układu pokarmowego. ÂŚwiatło. Nadzieja na lepszy byt. I wspólne, gówniane zakończenie. Ale to jeszcze nie teraz.
- O kurwa, to najlepszy chleb jaki jadłem - grubiańskie słowa beszczeszczące pełen namaszczenia cykl. I nagły impuls w głowie narratora, nakazujący mu zmienić styl. Począwszy od teraz. Eric był zachwycony. Nic wielkiego nie zrobił, a załapał się na darmową wyżerkę! Czas płynął jednak nieubłaganie. Słońce kontynuowało swoją wędrówkę po nieboskłonie, a Eric nie robił się młodszy.
- I tak jestem tu niepotrzebny - rzucił w eter, jakby usprawiedliwiając to, co za chwilę miał zrobić. A to co zrobił, było diabelnie proste. Jeśli miało się zdrowe obydwa odnóża. Wykmnął się.
// I tak tu żadnej roli już nie odegram, to spadam, lepiej ten czas spożytkuję ;p
Isentor:
- Spróbowałem zrozumieć wasze racje, postanowiłem potraktować was jako przedstawicieli odrębnej kultury i nie miałbym wam za złe, gdyby nie fakt, że racje i kultura moich ludzi stoją dla mnie na pierwszym miejscu. Jeśli już o tym mówimy, w naszym cywilizowanym królestwie nie nasyła się dzikich zwierząt na domostwa spokojnych obywateli, nie zaszczepia w ich sercach trwogi i przerażenia. Tym bardziej czynienie tego w okresie wojny z Meanebem jest wręcz potwornym i pozbawionym skrupułów czynem. Nie możemy zagrzewać wewnętrznych konfliktów, nie wygramy walcząc na dwa fronty. Valfden musi być silne i zjednoczone. Nie ukarze was za popełnione przeciw miastu czyny, miast tego podaruje wam obowiązek, którym będzie unicestwienie plagi na wyspie. Przyjmijcie ten dar, albo nigdy więcej nie pokazujcie się przed mym obliczem.
Progan:
Progan trzymał głowę nisko opuszczoną. Słuchał słów króla z pokorą. Misją każdego z dzieci lasu była walka w imieniu dzieła stworzenia, ażeby zostało ono zachowane od zepsucia. Król dał im tą samą misję, jaką mieli wyznaczoną, Progan przekonał się więc, że przed mądrym władcą przyszło mu stanąć. Nie odezwał się jednak słowem, czekał bowiem na słowa Pana puszczy i kniei.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej