Gorn poszedł przeszukiwać, ale jak wcześniej się rzekło, John był bliski śmierci i bardzo zmęczony. Do tego rycerz połamał mu dwa żebra podczas reanimacji. To akurat częste, więc nie ma się co dziwić. Farmer nie miał więc siły wstać z miejsca, a zakonnik po prostu sobie od razu odszedł. John dostrzegł leżącą obok żonę, podpełzł do niej stękając i łkając. Przytulił się do jej martwego ciała i rozpłakał się na całego. Pies podbiegł do swojego właściciela i zaczął lizać go po zrozpaczonej twarzy, ścierając językiem łzy. John podniósł wzrok i rozejrzał się niewyraźnie.
- Gdzie moje dzieci? Gdzie moje dzieci?! Gdzie one są?! - jego głos miał w sobie tyle goryczy i beznadziejności, że tylko istota bez serca mogła pozostać niewzruszona na tragedię, jaka dosięgnęła tego poczciwego człowieka i jego całą, nieżywą już rodzinę.
Gorn tymczasem zaczął przeszukiwać teren. Nie ujrzał nic nadzwyczajnego. Ciało człowieka w kapturze leżało tuż przy palącej się na całego stodole i samo zajęło się ogniem, niszcząc wszelkie ślady bytności tej osoby. Poza tym wszystko wyglądało podobnie jak wcześniej, przynajmniej na pierwszy rzut oka.