- Grashiz! - wyszeptałam formułę łaski siły i poczułam, jak magia wnika w moje ciało, łącząc się z mięśniami i ścięgnami, nasycając je energią. Odetchnęłam głęboko, puls gwałtownie przyspieszył, krew zaszumiała im w skroniach, byłam już gotowa do walki. Do tego magia dziwnie reagowała z adrenaliną, sprawiając, że stawałam się żądna krwi. Zamaszyście dobyłam miecza i przemieściłam się za jednego z bandytów, uzbrojonego w dwa sztylety. Cięłam mocno, skręcając biodra, czarna klinga przerąbała go niemal wpół, kręgosłup i mięśnie nie stawiły niemal żadnego oporu mojej broni. W zasadzie martwy padł na ziemię, a ja warknęłam głucho i rzuciłam się na następnego przeciwnika, który właśnie atakował mnie sztyletami. Gładko uniknęłam ciosu i zawirowałam klingą, tnąc na skos, od prawej do lewej, z góry. Bandyta próbował zasłonić się swoimi nożykami, ale przeciw dłuższej i cięższej klindze nie mógł wiele zrobić. Przecięłam go gładko i ruszyłam dalej. Skoczyłam na kolejnego bandytę, zadając dwa szybkie cięcia, przez brzuch, by wypuścić wnętrzności, a potem po gardle, by szybciej zakończył swój żywot. Zabiłam już trzech, krew ściekała po brzeszczocie, ale nic sobie z tego nie robiłam, runęłam na następnego przeciwnika, jednocześnie przyciągając go do siebie telekinezą. Zdezorientowany bandyta nie mógł zrobić nic więcej niż patrzeć, jak długi miecz zatapia się w jego klatce piersiowej niemal po rękojeść. Ostatni bandyta właśnie padł.
0/16