Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Raz kozie mgle

<< < (52/149) > >>

TheMo:
Widząc, jak coraz więcej osób włącza się do walki, postanowił nie zostawać w tyle. Zwłaszcza, że nie ma zagrożenia ze strony strzelców. Ruszył w wir walki. Starł się z jednym, który miał wyciągnięte sztylety. Widząc, że naciera on mając obydwa wycelowane w pierś, Themo postanowił kontrować. Mieczem sparował jedno ostrze. Wolną ręką złapał bandytę za nadgarstek, w którym trzymał nożyk mający ugodzić wojownika w serce. Obaj byli zablokowani. Themo zbliżył się do niego, nadal mocno zaciskając uchwyt. Gdy czuli swoje oddechy na twarzach, wojownik uderzył z całej siły czołem w twarz bandyty, łamiąc mu nos. Hełm spotęgował uderzenie. Bandyta odsunął się i jedną ręką dotknął twarzy, po której leciała krew. To był jego prawdopodobnie ostatni błąd, gdyż odsłonił on prawy bok. Themo korzystając z okazji wbił końcówkę ostrza prawie pod pachą i pociągnął w dół rozcinając skórę. Niestety, włożył to zbyt mało siły, by przeciąć żebra. Krew trysnęła spod rany. Widocznie miecz przeciął tętnicę podobojczykową. Ofiara bezwładnie opuściła rękę wypuszczając z niej sztylet. Niesprawny był już łatwym celem. Themo włożył całą silę w jedno pchnięcie. Trafił między żebra, przebijając płuco bandyty na wylot. Wyjął miecz i obalił przeciwnika na ziemię. Tworzyła się pod nim coraz większa kałuża krwi. Bandyta nie umarł od ciosów. On stopniowo się wykrwawiał.


0x podżegacz
8x bandyta

Patty:
Widząc, jak Funeris walczy z wrogami, zbliżyłam się do niego i wyszeptałam - Grashiz! , nakładając na niego łaskę siły. Powinna go wspomóc w walce. Sama ruszyłam dalej walczyć, choć tacy bandyci byli dla mnie żadnym przeciwnikiem - Grashiz! - rzuciłam zaklęcie na siebie, chcąc być efektywniejsza w boju i rzuciłam się na pierwszego z brzegu bandytę, tym razem dzierżąc kiścień. Uderzyłam znad głowy, najprostszym uderzeniem, jakie można wykonać tą bronią. Z łatwością przełamałam prosty blok złożony z miecza i ciężka, najeżona kolcami kula uderzyła w głowę mojego adwersarza, miażdżąc ją niby dorodnego arbuza. Mózg i kawałki kości rozpyliły się na znacznym obszarze, a ja dalej nacierałam, tym razem na kolejnego przeciwnika. Uderzyłam z boku, prosto w żebra, nic sobie nie robiąc ze sztyletów, którymi próbował mnie dźgnąć. Zbroja wytrzymała, a ja poprawiłam uderzenie, łamiąc jego żebra. Gdy padał, huknęłam go w bok głowy, krusząc kości czaszki. Kiścień był naprawdę brutalną bronią. Atakowałam dalej, nic sobie nie robiąc, że bandyci już nawet nie chcą ze mną walczyć, tylko cofają się gwałtownie. Zaatakowałam z boku, odbijając miecz jedynego wroga, który jeszcze mnie atakował i uderzyłam go w bok, potem w ramię, a na końcu, gdy już upadł, prosto w mostek, wgniatając go. Kości słyszalnie chrupnęły i pierś bandyty zapadła się. Odwróciłam się i doskoczyłam do jednego z ostatnich bandytów. Ten był bystrzejszy, starał się uniknąć ciosu, ale po mistrzowsku władałam zawieszoną na łańcuchu kulą i zręcznie nią pokierowałam, uderzając prosto w głowę. Poprawiłam, by być pewna, że nie wstał i wtedy ktoś usiłować wbić swój miecz w moje plecy. Naplecznik zatrzymał cios, a ja odwróciłam się gwałtownie, nadając kiścieniowi ogromny impet. Kula huknęła w bok bandyty, łamiąc żebra, a gdy padał, jednym, potężnym uderzeniem zmiażdżyłam jego czaszkę.

0x podżegacz
3x bandyta

Funeris Venatio:
Przeciwnicy topnieli w oczach. Początkowy stan bandytów zmalał już chyba dwukrotnie, tak przynajmniej sądził po szybkich oględzinach pola bitwy. Funeris nie czuł zmęczenia, był dobrze zahartowanym człowiekiem, który posiadał ciało atlety, jakie przedstawiało się kiedyś na rzeźbach. Wyraźnie zaznaczone, mocne mięśnie, które z łatwością radziły sobie z takim wysiłkiem, na jaki były teraz narażone. Nic szczególnego, ot zwykła potyczka w kanałach pod miastem. Dzień jak co dzień.
Poeta znalazł się koło towarzysza, który nazywał się chyba Themo, jeżeli dobrze zapamiętał. Kompan znajdował się po jego lewej, osłaniając mu tę flankę przed niespodziewanym atakiem. Funeris zaatakował bandytę, który miał nieszczęście znaleźć się w zasięgu czarnego miecza. Najpierw dostał w bok, gdzie chronił go jeszcze napierśnik wykonany chyba ze skóry Kreshara. Nie miał szans zatrzymać Nelthariona, który wbił się w jego ciała, pozbawiając przeciwnika sporej ilości krwi. Czarna ruda zahaczyła o żebra, łamiąc jedno, a raczej przecinając. Przy tej ostrości materiału było to bardziej prawdopodobne. Bandyta chciał pchnąć go sztyletem, lecz rycerz zanurkował pod ciosem, przepuszczając go nad swoją głową. Naparł swoim ciała na bandytę, wywracając go. Zraniony bok musiał eksplodować falą bólu, bo twarz zbira wypełnił tak rozpaczliwy grymas, że komuś mogło się go zrobić żal. Poeta dźwignął się szybko, odpychając od przeciwnika tarczą, którą zablokował o jego krocze. Haniebny, nie godny mężczyzny cios, ale całkowicie niezamierzony. Tarcza po prostu ześlizgnęła się po napierśniku i tam się zatrzymała. Neltharion dobił zbira szybkim pchnięciem w pierś, kończąc jego straszliwe męki, których nie powinien doświadczyć nigdy żaden przedstawiciel płci silniejszej.
W tym momencie rycerz poczuł, że przepełnia go moc. Dosłownie, niepohamowana i niczym nie skrępowana moc. Spojrzał na paladyna, który przemykał obok. Zartat, poprzez ręce Patty, obdarzył go swoją łaską. Najbliższy bandyta poczuł tę łaskę na własnej skórze. Zastawił się mieczem na cios, który zadał rycerz, lecz jego ostrze pękło pod naporem czarnej rudy dzierżonej przez wzmocnioną boską siłą rękę. Odłamek miecza wbił się w czaszkę bandyty, która zaraz potem została przepołowiona w poprzek przez Nelthariona. Zbir szybko zakończył swój niemrawy żywot i udał się na wieczną ucztę wraz ze swoimi towarzyszami niedoli, którzy zaściełali posadzkę tej sali.
Ostatni pozostały przy życiu bandyta skoczył na Funerisa, lecz ten puścił go przed sobą. Tamten stracił równowagę, oparł się o ścianę i odbił z powrotem. Zaatakował, niemrawo jednak, co pozwoliło wytrącić marszałkowi bractwa jego sztylet i przebić się przez jego czaszkę, w której teraz ziała dziura wielkości czarnego miecza.

0x bandyta

Dragosani:
Gdy wszyscy bandyci zostali zabici, Drago wyczyścił miecz jakimiś tam szmatami z ciała jednego z nich, po czym schował czarne ostrze do pochwy. Skrzyżował ręce na piersi. W sumie mogli chyba ruszać dalej. No, chyba, że Patty znów chce zaprezentować swój błyskawiczny sposób na upuszczanie krwi z ciał.

Nawaar:
Elf nawet nie wypuścił strzały. Wszyscy woleli załatwić sprawę za pomocą miecza samoluby jedne. Nathaniel wstał założył łuk na plecy i oczekiwał gdzie mają się teraz udać.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej