Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Raz kozie mgle
Lucas Paladin:
Lucas był gotów brnąć dalej. Doskonale zdawał sobie sprawę, że ta grupka bandytów przed wejściem była jeno rozgrzewką przed tym, co ich naprawdę czekało. A podejrzewał, że czekało coś naprawdę wielkiego. Dlatego trzymał się blisko Patty - bez zbroi, ze zwykłym stalowym mieczem nie mógł zdziałać wiele. Ale nie bał się, bo przecież już nie takie rzeczy zdarzało mu się widzieć. Zerkał na Poetę, trochę zmieszanego, ale jednak ostrożnego. Postanowił wziąć z niego przykład i ostrożnie stąpał w ściekach.
Gorn Valfranden:
Gorn zamykał Ekipę, ubezpieczał tyły aby nikt ich nie zaszedł, stąpał ostrożnie aby nie wpaść w pułapki, starał się też słuchać rozmów.
Funeris Venatio:
Funeris szedł w przedniej części pochodu, jako jeden z pierwszych, z tarczą przed sobą i mieczem w gotowości. Neltharion zlewał się z ciemnym otoczeniem, na zmianę niemalże pojawiał się i znikał, czarna ruda lśniła na swój złowieszczy, mroczny sposób. Gdy znajdował się w cieniu, mógł pozostać niezauważony. Miecz zdobyty na czarnym draconie, którego pokonał w minimalistyczny sposób, zadając ledwie trzy, może cztery ciosy, jak na razie wydawał się orężem idealnym. Trenował z nim długo, okładając manekiny i stojaki na placu treningowym Bractwa ÂŚwitu. Ostrość tej broni była zadziwiająca, wiele materiałów nie wytrzymywało naporu tej siły, ulegała w milczeniu, a raczej niemym krzyku rozpaczy. Neltharion, nazwany tak na cześć czarnego smoka, Aspektu, postaci z jakichś dawnych i zapomnianych przez wszystkich legend i bajek. Czytał o nim w jakiejś starej bibliotece gdzieś na końcu cywilizowanego świata, jeszcze przed przekroczeniem portalu, który doprowadził Poetę do królestwa Valfden. Było to kilka lat temu, bodajże też na tę porę roku, nie zdziwiłby się nawet, gdyby dzisiaj przypadała swego rodzaju rocznica tej wizyty. Neltharion, smoczy Aspekt żywiołu ziemi, jej ruchów i gwałtowności, wszystkich dobrodziejstw i przekleństw w jednym. Szlachetny, potężny, dostojny - obrócił się w stronę zła, stając się maszyną śmierci, która zaburzyła porządek rzeczy. Posępna, złowieszcza postać. Smoczysko miało łuski zabarwione czarną rudą, jak głosiła przeczytana legenda, poprzetykane klejnotami - rubinami, szmaragdami, szafirami, czy diamentami. Siła, której nie sposób się przeciwstawić. Siła, która zmiecie swoich wrogów jednym łopotem skrzydeł, bądź jednym wymierzonym cięciem ostrej klingi.
Funeris zamyślił się nad tym chwilę, lecz zaraz znowu kroczył pewnie przed siebie. Rozglądał się, wyczekiwał.
//Jak u nas z widocznością? Jest jasno, czy wręcz przeciwnie?
Elrond Ñoldor:
Obok Gorna szedł Elrond. W prawej dłoni trzymał kostur, toteż do uszów wszystkich podróżników dopływał równy stukot metalu o kamienną posadzkę. Mag był skąpany we własnych myślach i zastanawiał się, po kiego u licha draconi, stworzenia obdarzone światłym umysłem i skrzydłami, zamiast budować swoje warownie na szczytach górskich, zrzedli do podziemi na nizinach.
Zdał sobie sprawę jaki jest niedouczony. Brakowało mu w sumie tych dni spędzonych na poznawaniu teorii, którą wykładał Canis z Isentorem. Przynajmniej coś wiedział. Westchnął głęboko.
Nawaar:
Nathaniel szedł w środku pochodu jak na łucznika przystało. Nie chciał się bawić z przeciwnikiem w bezpośrednim pojedynku, w którym nie miał szans, a ta odległość była wręcz idealna dla elfa, nie za blisko i nie za daleko. Co jakiś czas spoglądał na Anette jak i do tyłu, bo nagłe rytmiczne stukanie roznosiło się, po okolicy. Gdy dziecię lasu się odwróciło na chwilę to ujrzał tam człowieka z kosturem w dłoni, an którym się opierał. Widocznie człowiek ten był zbyt stary, żeby móc chodzić o własnych siłach i potrzebował wsparcia swego kostura. Nathan odwrócił się teraz w kierunku marszu dobywając łuku wolał być przygotowany.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej