Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Raz kozie mgle
Nawaar:
Nathaniel w towarzystwie Anette ruszył do kanałów. Elf czuł nutkę fascynacji, gdy elfi mag opowiedział o jeszcze groźniejszych stworzeniach czyhających tam w środku. Na szczęście miał ze sobą silniejsze strzały i towarzystwo pięknej kobiety.
Hagmar:
- Idziemy gęsiego proszę wycieczki. Kanały pod Efehidonem to 5 poziomów przypominających w sumie miasta w mieście. Mające kilkadziesiąt, jak nie kilkaset tysięcy lat. A pod kanałami mamy całą sieć dracońskich chramów.
//Z polecenia Deva tera ja MG'uję
Nawaar:
Dobrze, że za rączki nie kazał się trzymać. Pomyślał elf i spojrzał na dziewczynę, bo on jako nieliczny szedł obok kobiety i tu byłego jego szczęście.
Funeris Venatio:
Funeris nie chował miecza, do lewego ramienia przytroczył swoją wierną tarczę i ruszył razem z towarzyszami do przodu. W kanałach śmierdziało, było raczej ciemno, morko i obrzydliwie. Poeta nie bał się, bynajmniej. Czuł jednak niepokój, wszechogarniającą niespokojną aurę, która wypełniała kanały, dławiła oddech, wdzierała się w każdy zakamarek ciała i duszy. Zatęchłym, nieziemsko nieświeżym powietrzem nie dało się oddychać, przynajmniej przyrównując je do tego, czym raczyli się przed chwilą, jeszcze na powierzchni. Z powały coś kapało, coś lepkiego, oczywiście strasznie cuchnącego i bliżej niezidentyfikowanego. Kilka razy spadło mu na hełm, niosąc cichutkie echo. Następnych kilka kropel koloru brudno zielonego upstrzyło mu prawą rękawicę, następnie jelec miecza. Funeris otarł je szybko o nogawki spodni, nie chcąc wiedzieć, czym była ta maź. Na domiar wszystkiego każde wypowiedziane słowo niosło się okropnym echem jak w oklepanych powieściach, którymi straszy się małe dzieci, by szybciej poszły spać. Każdy krok chlupał w wodzie po prostu brudnego koloru, która już pewnie dawno wodą nie była. Sięgała płytko, nawet nie do kostek, lecz śmierdziała niemiłosiernie.
Funeris kroczył spokojnie, ostrożnie stawiając stopy. Nie miał pewności, czy gdzieś pod cienką powierzchnią nie znajduje się jakaś pułapka, bądź nawet zwykła dziura, w którą mógł wpaść i skręcić sobie kostkę, złamać nogę, bądź, co gorsza, wywrócić się o nią i wykąpać całym w tym cuchnącym szlamie, w którym wszyscy stąpali.
Uderzył płazem miecza o łydki, najpierw prawą, potem lewą. Poruszał ramionami, przeciągnął się lekko, zamłynkował nadgarstkami - lepiej mieć rozgrzane stawy i mięśnie, gdy nagle przyjdzie się przed czymś bronić, bądź coś atakować. Ruszyli dalej, wgłąb.
Gorn Valfranden:
Gorn który szedł akurat obok Funerisa rzekł.- Dobrze że część z nas ma broń srebrną, w walce z potworami może się przydać.
// Też miałem pecha, wyszedłem minutę przed postem Deva.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej