Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Raz kozie mgle
Izabell Ravlet:
Mauren wytarł i schował miecz.
- Wchodzi jak w masło - rzekł do Elronda.
Mogul:
Ork ziewnął.
- Napaleńce jedne, trzeba było ich zostawić. Skomentował ork stwierdzając, że nie było sensu marnować energii na nich.
Nawaar:
Elf oddał dwa celne strzały dobrze, że w ogóle kogoś zabił miał farta nie ma co. Nathaniel jednak nie stracił krasnoludzkiego rozsądku i próbował odzyskać swoje dwie strzały z głów bandytów. Liczył na to, że chociaż jedna nada się do użytku. Jednocześnie chciał sprawdzić tych swoich, czy nie mają jakieś małej gotówki, przy sobie. Gdy to zrobił cofnął się do Anette. - Widzę, że też walczysz na dystans. Miło jest zobaczyć jak ktoś jeszcze strzela, poza mną.
\\ Odzyskałem jakąś strzałę i zdobyłem gotówkę?.
Anette Du'Monteau:
-Nie ma sensu brudzić sobie rąk w momencie gdy problemu można się pozbyć jednym strzałem. To po prostu praktyczna strona tej broni. Inna rzecz to to że kusza poradzi sobie również z cięższymi pancerzami. Twój łuk już niekoniecznie, elfie.
Funeris Venatio:
Funeris schował miecz do skórzanej pochwy obitej matową blachą. Nie udała mu się ta walka, ani trochę. Co prawda nie musiał w niej w ogóle uczestniczyć, wszyscy sobie poradzili bez najmniejszego problemu, zwłaszcza magowie. I strzelec. I piechurzy. No wszyscy po prostu. Funeris chwilę przed atakiem przeprosił na chwilę towarzystwo, by ulżyć pęcherzowi, który męczył go już od kilku minut marszu. Chciał jednak wysłuchać kilku interesujących go informacji, więc na razie nie odchodził w nieco bardziej ustronne miejsce. Wreszcie potrzeba była na tyle silna, że musiał odstąpić kilkanaście metrów w krzaki rosnące koło drogi. Rozwiązał sznurowanie spodni i złota, ciepła ciesz polała się na ziemię, znacząc na niej różne szlaczki, które zamieniały się po woli w sporą kałużę. Poeta opił się przed wyjściem na tę wyprawę korzennego piwa, które podają w Bractwie i teraz musiał się go pozbyć z organizmu. Gdy zaczął oddawać mocz, a kompania była już wtedy blisko wejścia do kanałów, usłyszał jakieś zaniepokojenie. Ktoś coś mówił, ktoś złorzeczył, ktoś czarował. Nie słyszał dokładnie słów, gdyż wszyscy znajdowali się za zakrętem, zostawiając go z tyłu na kilkadziesiąt metrów. Gdy rycerz wreszcie skończył, zasznurował rozporek i ruszył w ślad za resztą. Dobył czarnego miecza, Nelthariona, i podbiegł truchtem. Wyłaniając się zza zakrętu dostrzegł, jak gromada zbrojnych, magów i jeden łucznik wycinają w pień zgraję bandytów. Jeden padł od zaklęcia, drugi przebity strzałą, któryś znowu dostał pociskiem magicznym, ten przecięty mieczem... Zanim zdążył się dostatecznie zbliżyć, nierówna walka została zakończona i na placu boju, na wielkiej, wyimaginowanej tablicy widniał widok: 21 - 0. W takim razie nie pozostało mu nic innego do roboty jak schować miecz i przyłączyć się do dalszych pogaduszek.
- Coś mnie ominęło, panie i panowie? Pęcherz mnie cisnął, na chwilę odszedłem, a wy już za zabijanie się bierzecie... - Uśmiechnął się, klepnął po plecach Gorna i przyglądał się otoczeniu pełnym ciał pokonanych bandytów.
//Nawet spać nie można iść, bo już 5 stron wyprawy mija...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej