Tereny Valfden > Dział Wypraw
Płaszczyk z Bobra
Lucjan Vilfild:
-O mnie... Co by tu... Zacznę od tego, że nie zawsze zajmowałem się tym co obecnie. Zdziwi cię, lub nie, ale kiedyś zarządzałem własnym folwarkiem. Kiedy to było? Cholera. Minęło już dziesięś lat, od kiedy go straciłem na skutek najazdu. Do tej pory nie wiem kto obrócił mój dom w zgliszcza, ale to przygnębiający temat.-Upił z kufla i przeszedł dalej.-Musiałem wtedy znaleźć sobie jakieś zatrudnienie, żeby nie skończyć w rynsztoku. Wyruszyłem do miasta, gdzie poszczęściło mi się i zatrudnił mnie lokalny czarodziej. Byłem kimś w rodzaju jego asystenta, chociaż nie od spraw magi. To była dobra praca, ale ten człowiek miał poważnie nie po kolei w głowie. Magowie to naprawdę dziwni ludzie... Bez obrazy. Tak czy owak, mój pracodawca został później oskarżony o prowadzenie nielegalnych eksperymentów, czy coś w tym rodzaju. Musiał ratować się ucieczką. Ja natomiast zostałem złapany i wtrącony do lochu. Z początku chcieli mnie powiesić, ale skończyło się tylko na dożywociu, więc miałem szczęscie. Nie przesiedziałem tam jednak długo, wybuchła wojna i potrzebny był każdy zdolny do walki człowiek. Dopiero na wojnie odkryłem swoje, że tak powiem, powołanie.
Hagmar:
- No proszę, wiesz zatem co nieco o zarządzaniu. Ja tej wiedzy nie mam, od wczesnej młodości mam miecz w łapie. Kiedy byłem jeszcze elfem byłem świetnym snajperem. Pewnie byłbym nadal gdyby nie kilka zgonów... Mam pecha do zamachowców. Przyciągam ich jak miód pszczoły.
Lucjan Vilfild:
-Trochę... Zaraz, zaraz. Zgonów? No tak, jesteś nekromantą.
Taka wiadomość potrafiła nieco zbić z tropu. Lucjan podnósł kufel i osuszył go do końca.
-Wiesz, jakby tak na to spojrzeć z ich perspektywy... Siedzisz sobie w byle karczmie bez żadnej widocznej ochrony i jak gdyby nic pijesz piwko. Im się wydaje, że to łatwy cel. Nic dziwnego, że paru się skusiło.
Hagmar:
- Hehe, wtedy nie byłem jeszcze nekromantą. Siedziałem w głównej sali swojego zamku i piłem tak jak my... Padnij! Psioniką zrzucił Lucjana na podłogę ratując mu głowę przed kulą z pistoletu. Druga odbiła się od płytowego napierśnika.
- Izani qiash xugro agrosh Rasher! Wyzwolona moc zmaterializowała przy stojącym u wejścia do karczmy bandycie 6 widmowych szkieletów które porąbały go paskudnie. Dracon rozproszył zaklęcie i przygotowywał kolejne akurat gdy do sali wbiegło 4 bandytów.
- Izani! 30 centymetrowa kula czarnej energii pomknęła w stronę klatki piersiowej bandyty przeżerając się niemal na wylot zmieniając jego wnętrzności na popiół, to samo uczynił z drugim szaleńcem.
Lucjan Vilfild:
Lucjan po upadku na podłogę spojrzał w górę, by zobaczyć jak cisinięte przez dracona pociski przelatują nad jego głową i mnkną w stronę atakujących bandytów. Gdy Czarny przestał na chwilę strzelać, Vilfild odepchnął się rękoma od podłoża i szybko zerwał na nogi przewracając jednocześnie stół przy którym przed chwilą pili, tak by chronił jego i towarzysza przed następnymi pociskami. O ile takie będą. Przykucnięty dobył topora i wyjrzał ostrożnie zza mebla.
-Ha! Mówiłem!
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej