Tereny Valfden > Dział Wypraw
Jak dobrze być już w domu!
Mohamed Khaled:
A więc droga, która dłuższa... Jechałeś na północ, tak jak twój konik Cię popatatajał. Pod wieczór, kiedy już się ściemniało, ujrzałeś jakiegoś człowieka leżącego koło rozwalonego wozu napikowanego kołczanem strzał. Leżał w kałuży krwi, a z brzucha sterczała mu strzała. Na pagórku kilkanaście metrów dalej stał on:
Jednak szybko odjechał, na swym białym koniu. A człek który leżał, jeszcze żył. Gdy do niego podjechałeś, popatrzył na ciebie błagalnie.
Gordian Morii:
-Oho. Pięknie. - powiedziałem sam do siebie i uderzyłem konia piętami. W kilka sekund już byłem koło wozu. Zeskoczyłem z siodła i dokładnie obejrzałem sobie rannego. Miałem wprawę w usuwaniu strzał i bełtów, ale niestety nie miałem już wprawy w przywracaniu do życia. Jeśli usunięcie strzał nie miałoby najmniejszego sensu, to szkoda było nawet zaczynać zabawę w lekarza. Rzuciłem też wzrokiem na wóz.
//: Jak ów ludek wygląda. Gdzie jest postrzelony, jak bardzo, czy może mówić. Co ma na tym wozie?
Mohamed Khaled:
//Taki twojego wzrostu, postrzelony pomiędzy żebra, rana groźna ale nie śmiertelna. Na wozie kilka pakunków żywności, troszku wódki - w tym dwie butelki całe!
Proszę! Pomóż mi! Ja... krwawię... - powiedział do ciebie mężczyzna kiedy na niego popatrzyłeś.
Gordian Morii:
-Spokojnie. Tylko spokojnie. - powiedziałem wstałem z kolan. ÂŚciągnąłem płaszcz i przewiesiłem go przez siodło, tak by zbytnio się nie umorusał.
-Wybacz, ale będę Ci winny tę butelkę alkoholu. - powiedziałem i czystą wódką obmyłem sobie dłonie. Czyn ten straszliwy zapewne wzbudziłby konsternację, jeśli nie szał przypadkowej grupy krasnoludów, ale na szczęście ani Domenica, ani tego jego towarzysza nigdzie nie było widać. Zza pasa wyjąłem nożyk do skórowania bestii i jego również opłukałem w alkoholu. Po czym rozciąłem ubranie rannego w miejscu gdzie wbita była strzała.
- Teraz może trochę zaboleć. - powiedziałem i zdecydowanym ruchem złamałem strzałę pozostawiając sobie mniej więcej piętnaście centymetrów drzewca wystającego spomiędzy żeber nieznajomego. Kładąc dłoń blisko rany pewnie chwyciłem za pozostałą część pocisku i powiedziałem
-Na trzy... raz... dwa...trzy! - odliczyłem na głos i szarpnąłem strzałę wydzierając go z rany. Grot wyglądał na nieuszkodzony, więc żadne okruchy nie powinny znajdować się w ranie. Z której teraz obficie trysnęła krew.
-Jasna, to dobrze, nie uszkodziło płuca. Będziesz żył. - powiedziałem i z torby wyjąłem gałganki czystego płótna, które posłużyły teraz za opatrunek. Rana nie była zbyt głęboka a więc nie trzeba było pilnej interwencji maga, przycisnąłem więc dość gruby zwój bawełnianego płótna do rany, a potem owinąłem całą klatkę bandażami, które od jakiegoś czasu stale woziłem przy siodle. Tak na wszelki wypadek.
-Mam nadzieję, że to wystarczy. Powinno. - powiedziałem już po wszystkim.
- Co tu się w ogóle stało? Napadli Cię, znaczy Pana czy jak? Widzę, że na wozie nie miałeś niczego cennego a i ten, którego widziałem nie wyglądał na zbója.
Mohamed Khaled:
Witaj dobroczyńco. Nazywam się Leonardo. Powiedział siadając, i opierając się o wóz. Jechałem do swego domu na południe od stolicy, zachaczając do niej po leki dla chorej narzeczonej. Wtedy wypadli za drzewa oni. Pięciu wielkich ludzi, jeden mnie postrzelił reszta zaczęła rabować. Nie znaleźli nic, zbili mi alkohol który miał posłużyć jako zapłata dla właściciela mojej ziemi... A ten, którego widziałeś... nie wiem kim był - ostatnie zdanie zdawał się mówić prawdę, lecz coś Cię zaniepokoiło...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej