Ciężko jest zachować całkowicie zimną krew będąc ofiarą napadu. Na własnej skórze przekonał się o tym jeden z wojowników zgromadzenia, który nieświadomie oddalił się od reszty karawany płochliwie rozglądając się wokoło, by nie paść ofiarą samotnej, zabłąkanej strzały. Pech chciał, że metaforyczną strzałą, na którą się nadział, był Diomedes, który w wyskoczył tuż przed rumaka wojownika zgromadzenia. Wierzchowiec wierzgnął, parskając głośno i dostarczając jego jeźdźcowi dziennej porcji adrenaliny w pigułce. Nivellen nie wahał się, wykonał pewne cięcie na szyję wierzchowca, pozbawiając go życia na miejscu. Zgromadzeniowiec spadł z siodła jednak niemal natychmiast poderwał się i wyswobodził swój miecz z pochwy. Pierwsza faza pojedynku polegała na obserwacji. Diomedes ze względu na niezbyt imponujący zestaw pancerzy mógł ujść za łatwy kąsek, jednak wojownik dający się zwieść pozorom nie osiąga zbyt sędziwego wieku. A zgromadzeniowiec najwyraźniej wymarzył sobie spędzenie starości przy kominku otoczony gromadką wnuczków, bo wcale Nivellena nie lekceważył, wręcz przeciwnie, zdumiał się jego odwagą. Owe zdumienie dało Diomedesowi sposobność do wyprowadzenia ataku. Ciął agresywnie przez lewe ramię prosto na pierś przeciwnika. Rozległ się głośny szczęk stali, kiedy klinga natrafiła na klingę. Wojownik zgromadzenia nie był w ciemię bity. Nie mógłby ot tak dać się załatwić już po pierwszym cięciu. O nie! Miał kochającą żonę i dwójkę dzieci, a także psa Azora, którego co prawda wykastrował, ale każdego dnia z uporem przekonywał się, że zrobił to wyłącznie dla jego dobra. Diomedes nie zraził się nieudaną próbą ataku, niemal natychmiast wyprowadził złożoną kombinację ciosów, w której zawiłość fint, sprytnych, "fałszywych" parad, po których niemal od razu mógł wyprowadzić groźny kontratak na odsłoniętą zbroję przeciwnika, na pewno przewyższała liczbę kolorów tęczy, a sam most załamanego światła wyprzedzała swą barwnością. Wyglądało jednak na to, że obrona zgromadzeniowca była niemal perfekcyjna. Tam, gdzie nie zdołał uchronić się paradą, chroniła go żelazna kolczuga ukryta pod płaszczem. Miecz Diomedesa nie mógł sobie z nią poradzić, mimo że niczym meteoryt bombardował lśniącą powierzchnię pancerza, pozostawiając w nim liczne wgniecenia. Pozwolił więc wojownikowi przejąć inicjatywę, wiedząc, że ryzykuje wiele, jako że sam nie był chroniony żadną zbroją. Kilkukrotnie został skarcony za zbyt wolny czas reakcji i po kilku minutach walki obronnej był poznaczony płytkimi ranami na skórze. Nadszedł jednak moment, którego Diomedes wyczekiwał, wojownik zgromadzenia również podjął większe ryzyko i zamachnął się mocniej niż dotychczasowo częściowo się odsłaniając. Nivellen odbił cios zgromadzeniowca, który z impetem zatoczył się do tyłu z trudem utrzymując równowagę. Wtedy Diomedes ceremonialnym, eleganckim cięciem pozbawił go głowy. Struga krwi prysnęła z szyi nieszczęśnika i przez chwilę zdawało się, że mgła zabarwiła się lekkim różem. Nivellen poczuł w nozdrzach pobudzający zapach krwi. Tuż za sobą usłyszał upadek. Inny wojownik został pozbawiony rumaka strzałą któregoś z łuczników skrytych po drugiej stronie brzegu. Nie zamierzał nie skorzystać z takiej wygody. Nie zdążywszy nawet otrzepać klingi ze świeżej krwi, ruszył biegiem w kierunku mężczyzny próbującego wstać na nogi, możliwie unikając wierzgającego w agonii konia. Wojownik dość szybko spostrzegł się, że nie może sobie pozwolić na rozżalenia nad utratą wierzchowca. Natychmiast wydobył broń i bez zbędnych ceregieli rzucił się prosto na Diomedesa. Ten z trudem sparował wyjątkowo nieprzyjemną kombinację cięć: najpierw prosto z góry na jego czaszkę, potem szybko musiał się orientować by osłonić swoje ramię i szyję, za chwilę zaś zmuszony był dać popis akrobacji, unikając ciosu wymierzonego na jego klatkę piersiową. Z poirytowaniem zauważył, że wojownik wyposażony był w zbroję, wobec której jego mecz był jak do tej pory bezradny. W tym momencie chętnie zmiażdżyłby czaszkę wojownika młotem, niestety takowego nie posiadał, a i nie był całkowicie pewien, czy jego zdolności posługiwania się nim były wystarczające, by wygrać tę walkę. Nie rozczulając się jednak nad wysoce niewygodną sytuacją w jakiej się znalazł, przeszedł do szybkiej lecz nieskutecznej kontry. Wojownik zrobił unik przed jego ciosem i zasłonił się zbroją, klinga wylądowała na piersi zgromadzeniowca, ale pozostawiła na oczkach kolczugi jedynie jasną rysę. Oponent od razu wyprowadził cięcie na odsłonięte ramię Diomedesa. On jednak był na tyle szybki, by częściowo sparować ten cios, choć ostrze wroga ześlizgnęło się po paradzie i głęboko zatopiło się w przedramię Nivellena. Młodzieniec syknął z bólu i odskoczył, rosząc kamienne płyty mostu kapuśniaczkiem krwi. Z trudem utrzymywał miecz w obu rękach. Nie mógł pozwolić, by zgromadzeniowiec przejął inicjatywę, szybko więc zamarkował uderzenie na klatkę piersiową i pozwalając ostrzu klingi opaść ku ziemi, natychmiastowo wyprowadził właściwy cios - płazem na nogi. Wróg zachwiał się i stracił równowagę, więc Diomedes dopełnił czynu lekkim kopniakiem w klatkę piersiową, który w tych okolicznościach zesłał przeciwnika na spotkanie z zimną płytą mostu. Wojownik dłonie trzymał na podbrzuszu, trzymając w nich rękojeść miecza skierowanego ostrzem w górę, Nivellen umiejętnie uderzył w nie tak, że ten wypuścił je z dłoni, po czym zatopił klingę w rozwartych w okrzyku przerażenia ustach przeciwnika. Zdyszany i spocony upadł okrakiem na powierzchnię mostu. Czuł, jak pot spływa mu po twarzy, jak rosi jego czoło i przykleja koszulę do ciała. Przypomniał sobie o ranie, kiedy zapiekła ognistym bólem. Oderwał kawałek rękawa i przewiązał go wokół obficie krwawiącej szramy na przedramieniu. Nagle usłyszał kroki. Popatrzył się przez ramię. Wprost na niego biegł kolejny zgromadzeniowiec. Z przerażeniem zorientował się, że nie wstanie na czas. Nie zasłoni się mieczem. ÂŻe jeśli Nuda lub Gunses być może oglądający sytuację z drzewa po drugiej stronie brzegu nie zainterweniują, zginie. Przymknął oczy. Pod powiekami zoczył obraz kotła duszy. Nie chciał tam wracać.
0/7
3/10
7/12 +1 zarezerwowany dla dowolnego łucznika, który ma ochotę uratować mi tyłek.