Tereny Valfden > Dział Wypraw

Nienawiść głupców

<< < (9/11) > >>

Mogul:
//: wybacz, dziubku, czaaasu mało :(
ale dawaj teraz, skończmy ją normalnie



Mogul teoretycznie zawdzięczał życie Elrondowi. Teoretycznie, bo nie wierzył, że bandyta byłby na tyle sprytny, by zadać celny cios. W sumie nawet nie miał jak. Jedynie ręce i głowa były nie chronione przez mithrillowy pancerz. Właśnie w tej chwili, też zawdzięczał dzięki niemu życie. Na pancerzu, przed sekundą pojawiła się mała rysa, poprzez cięcie równoległe do ziemi z bandyckiego miecza. Kurwa. Zagapił się i rozkojarzył. Nie powinien tego robić. Na prawdę, nie powinien. Lekki odskok, cięcie z góry toporem. Bandycie udało się zablokować cios, lecz musiał uklęknąć. Ork to wykorzystał, znów ciął z góry. Złapał uprzednio broń w obie dłonie. Włożył do tego uderzenia większość siły. Topór wbił się w głowę, zabijając na miejscu. Najbliższy, żyjący bandyta zawahał się. W końcu, większość jego towarzyszy już nie żyła. To dało czas orkowi na brutalne wyciągnięcie z głowy broni i skierowania jej w stronę człowieka. Uniknął ciosu, odsuwając się nieznacznie. Pewnie sam nie wiedział czemu to zrobił. Czy, że zobaczył szarżującego wielkoluda, czy, że zimne ostrze mogło spotkać się z jego mięsem. Instynkt. Tak oto działał. Tutaj jednak, było jednak z nim coś nie tak, bo lepiej było uciec. Pozostali bandyci byli już martwi, gdy krew jednego z wrogów spłynęła mu po twarzy. Pragnął jej więcej i więcej. Zrobił lekki doskok i ponownie ciął z prawej. Znów trzymał broń w dwóch dłoniach. Opryszkowi tym razem nie udało się uniknąć ciosu. Topór w końcu spotkał się z cieplutkim bokiem. Padł i zaczął się wykrwawiać. Zbyt dużo czasu mu już nie pozostało. Ork już totalnie w swoim żywiole był. Bandyci, najpierw napastnicy, teraz stali się ofiarami. Raczej zaczęli się bać, smaczku też dodał ryk orka, brzmiał on przeraźliwie... dla wrogów. Dla towarzyszy raczej działało to pobudzająco i motywująco. Złapał znów topór w lewą rękę i ciął na ukos, z dołu, przeciwnik, który stał jak wryty, teraz poruszył się próbując uniknąć ostrza. Udało mu się to. Suuuuka. Khana zirytował fakt, że nie zabił jeszcze żadnego jednym ciosem. Cóż, będzie miał jeszcze okazję. Teraz kontynuował walkę z przestępcą, który chciał zaatakować mieczem. Ciął z boku. Był to jednak atak nieporadny, toteż Mogul z łatwością go zablokował. Przy okazji odsunął się odrobinkę. Poczekał sekundę na kolejny atak. Bandyta teraz spróbował zaatakować z góry. Było to dla niego zgubne. Ork zdążył ciąć. Swe ostrze skierował w rękę przeciwnika. Siła była tak wielka, że część ramienia odpadła. Z ust napastnika wydobył się złowrogi kwik. Patrzał on na swą odciętą rękę z przerażeniem i szaleństwem. Pewnie działo się tak przez ból spowodowany tym. Ork ponownie ciął. Cięcie okazało się zabójcze, a raczej wykańczające. Wycelował w szyje, jednak głowa nie odpadła cała. Nie udało mu się to z prostego względu, zmęczył się już. Też przez zmęczenie nie zauważył bandyty kamikadze, który zdołał podejść na odpowiednią odległość do orka i wbić sztylet w ramie. Wydawać się to mogło niemożliwe, ale jednak zmęczenie robi swoje. Khan zaryczał z bólu. Jednak można było usłyszeć coś w rodzaju śmiechu. Broń mu wypadła z ręki, wykonał obrót i drugą trzasnął przeciwnika w brzuch. Ten odleciał kawałek, zachłysnął się powietrzem. Ork złapał pobliską broń z wozu, wyrwał ją z drewna i pchnął nią koło obojczyka. Bandyta krzyknął z bólu i złapał się w stronę wbitej broni. Khan znów pośpiesznie wyciągnął swój miecz i wbił ją w szyję przeciwnika. Zachłysnął się teraz krwią, którą wypluł. Padł martwy. Mogul odetchnął. Ciężko dyszał, totalnie zapomniał o sztyleciku.

2 x topór
1 x miecz
1 x żądza krwi
zabici wszyscy

Malavon:
-Fachowa robota orku. To w sumie jedyne słowa jakie przychodziły teraz Malavonowi do głowy. -Usuńmy te cielska z drogi i ruszajmy dalej. Mam wrażenie, że to nie jedyna taka grupka w okolicy, a żaden z nas chyba nie ma ochoty na dalsze potyczki.

Elrond Ñoldor:
Grupa przy sporej pomocy orka usunęła zwalony konar i ruszyła szybko w drogę. Przez całą dalszą drogę przez las nie natrafili na żadne większe zagrożenie. W końcu główny trakt był często odwiedzany, co przekonało ich do tego kilka innych mijanych powozów. Dzikie zwierzęta albo zostały w większości wybite, albo nauczyły się by nie podchodzić... Coraz bardziej zbliżali się do dżungli. Coraz ciemniej robiło się wokół nich.

// pod dżunglą robimy nocny postój...

Mogul:
Ork po jakimś czasie ochłonął i dopiero teraz zauważył broń w swym ramieniu.
-Kurwa, zapomniałem o tym. Rana nie była głęboka, a na szczęście sztylet był wbity tak, że ręka nie krwawiła mocno, ale dalej zostawiona stwarzała zagrożenie. Trzeba było zatamować ranę. Obyłoby się bez mikstury, ale wolał się upewnić.
-ÂŚcimnio się, może przerwa jakaś? Konwój posłuchał się orka. Rozbili prowizoryczny obóz. Ork przysiadł się do ogniska, obejrzał jeszcze raz ranę i spytał się o leczniczy napój.

Elrond Ñoldor:
Elrond żadnych mikstur nie miał. Na czarach uzdrawiających się nie znał. Pozostały mu tylko rozpalić ognisko, co uczynił.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej