Tereny Valfden > Dział Wypraw
Nienawiść głupców
Mogul:
- A teraz ziomuś? BANDYCKIE ÂŚCIERWA ATAKUJÂĄ Reakcja Mogula była błyskawiczna. Puścił wodze, wyciągnął topór i przygotował się do skoku. Rzucił się na bandytę, który pojawił się po prawej stronie wozu. Przewrócił go i powalił swoim ciężarem. Chciał go od razu dobić, lecz nie zdążył tego zrobić. Musiał zrobić unik przed pojawiającym się nagle mieczem. Odskoczył na bezpieczny kawałek, przy okazji kopnął leżącego w skroń. Być może nie było to czyste, zagranie, ale w walce liczy się przede wszystkim zwycięstwo. Szczególnie, gdy wynik jej zależy od uratowania ludzi, których właśnie masz ratować. Kolejny cios wroga i kolejny raz musiał uniknąć ciosu. Odskoczył lekko w bok, równolegle do wozu. Miecz bandyty wbił się w drewno. Ork wykorzystał to, i bliższą dłonią uderzył bandziora w usta, rozcinając wargę. Ten odleciał na pewną odległość, upadł na kawał drzewa, który pojawił się jakiś czas wcześniej. Był za daleko, by ork mógł dobić go, ciął więc we wroga, który próbował zajść od tyłu Khana. Bandyta musiał się bronić blokując. Widać, już jeden blok go zmęczył, siła uderzenia orka była duża. Ale nie tak wielka, jak kolejne. Topór wbił się w klatkę piersiową równolegle do ziemi. Wyrwał z ciała broń, zabarwiając przy tym okolicznych ludzi na czerwo. W między czasie przeciwnik, który stracił swój miecz wyjął swoje dwa sztylety i rzucił się na orka, świat, jakby zwolnił.
8 x bandyta
1 x nieprzytomny bandyta
//: dawajta magowie jakąś epicką akcję uratowania mi dupy, której i tak nie trzeba ratować, bo mam wytrzymałosć mithrilu za dużą
Elrond Ñoldor:
W przez całą walkę Mogula, Elrond badał otoczenie i lokalizację wszystkich przeciwników. Upewnił się, że jest w miarę bezpiecznie, w końcu żaden z bandytów nie miał łuku. Koncentrował się przez ten cały czas dosyć mocno, toteż gdy przeciwnik orka wyciągnął sztylety z chęcią wbicia ich mięśniaka, ręce same wystrzeliły w odpowiedni gest, a w ustach zabrzmiało słowo zaklęcia.
- Aresh! - kamienne kolce jak na komendę wystrzelił spod ziemi, przebijając w dosyć niemiły sposób bandytę. Starzec miał zawsze dziwne wrażenie, ze przynajmniej jeden z tych kolców miał bliskie spotkanie z odbytem przeciwnika. Niemniej jednak był on definitywnie martwy. Elrond cieszył się, że jego kumpel nie oberwał również. W końcu czar był obszarowy, nawet jak obszar to mniej więcej jedno-metrowe koło.
Zeskoczył z wozu gotowy do walki. Przy okazji zmiażdżył końcówką kostura czaszkę nieprzytomnego bandyty. Niezdarnie sparował atak mieczem, który pojawił się nie wiadomo skąd. Oparł się o wóz. Przed sobą w odległości półtora metra, miał dwóch przeciwników. Bardzo liczył na pracę zespołową...
7 x bandyta
Malavon:
Do akcji nie mógł nie włączyć się Malavon De'Vir. Zobaczył, że przeciwniy nie są zbyt ciepło ubrani, więc postanowił jak najlepiej wykorzystać ten fakt. Elf stanął naprzeciw bandytom idącym w kierunku Elronda. Szybkim ruchem wyciągnął przed siebie obie dłonie. Błysk w oku poprzedził słowa, które miały zapaść na zawsze w pamięci rzezimieszków. -Anoshu! Niemal natychmiast energia nowicjusza wydostała się z jego dłoni i przybrała formę lodowego podmuchu. Bandyta, który na swoje nieszczęście znalazł się bliżej, stał się monumentem pokazującym możliwości magii wody. Będąc już w ferworze walki Malavon postanowił zająć się drugim przeciwnikiem. ÂŻałował, że posiada tak ubogi asortyment zaklęć, ale cóż mógł poradzić? -Izosh! - zabrzmiały kolejne słowa. Kolejna dawka energii, skumulowana w ręce elfa, przekształciła się w lodowy sopel. Długość i ostrość tego pocisku zapewniała dość dobrą skuteczność w walce z takimi przeciwnikami jak zwykli bandyci. Malavon cisnął sopel telekinetyczną siłą. Włożył w ten cios wiele siły kierunkując go prosto ku bebechom napastnika. Nie trzeba było długo czekać by ujrzeć krystaliczny sopel splamiony karmazynowymi wstęgami. -Mamy dziś jakiś pechowy dzień. Mam nadzieję, że Pharaum nie zgrywał się i nie przeszedł ci specjalnie drogi przed nosem. - odezwał się do staruszka.
5x bandyta
Elrond Ñoldor:
- Eee... ÂŻe co? - odsapał staruszek. Musiał uderzyć o coś plecami o wóz, bo coś go zakuło z tyłu. Złapał się za bark. Nie było jednak czasu na pogaduszki, a tym bardziej na odpoczynek, bo kolejni bandyci byli przy nich. Odskakując lekko w bok uchylił się przed nadlatującym mieczem. Wystarczyło to w zupełności. Przeciwnicy do najlepiej wyszkolonych i wyekwipowanych nie należeli. Elrond kostur cały czas miał przy sobie, toteż zaraz wyprowadził kontratak. Od dołu, uderzając z ukosa. Bandyta jednak wyczuł intencję staruszka, więc bez problemu sparował atak, samemu wyprowadzając szybką kontrę. Próbował pchnąć nowicjusza, ale ten, dzięki odpowiedniemu ułożeniu broni, odbił od razu atak końcówką kostura. Nie czekając na ponowną wymianę krótkich uderzeń odskoczył do tyłu. Nie był już oczywiście pod wozem. Zamachnął się całym ciałem i uderzył poziomo z lewej. Pęd był na tyle mocny, że przeciwnik, nieporadnie ni to robiąc unik, ni to starając się zasłonić mieczem, oberwał potężnie. Coś trzasło w ramieniu, wrzask wydarł się z gardła, a żelazo zatoczyło ładną parabolę w powietrze. Starzec był cały czas skoncentrowany. Nie zwracał na to uwagi. Uderzył ponownie, niczym w odbiciu lustrzanym, łamiąc żebra, robiąc kisiel z płuc. Przeciwnik usunął się na ziemię, umierając...
4 x bandyta
Elrond Ñoldor:
// W dupie to już mam. Nie chcecie grać to nie. Jutro wieczorem piszę post kończący wyprawę.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej