Tereny Valfden > Dział Wypraw

Nienawiść głupców

<< < (7/11) > >>

Mogul:
- Inna gildia? Ork podrapał się po głowie. Kiedyś do nich należał? Bardziej się podrapał po głowie. Wszystkie tajemnice? Nie można o NICH mówić? Eee? Chuj z tym, zadanie mam.
- Tępo, tępo, tępo.

Elrond Ñoldor:
// miałem dać kilka walk, ale z braku aktywności ich nie będzie (może nie wszystkich), to miała być szybka, miała spontaniczna akcja... sorry winetu...

Czarodzieje i wojownik ruszyli biegiem przez miasto. Zachowując czujność mijali jedną brudną uliczkę za drugą. Błoto i kał rozpryskiwały się pod ich butami. Płaszcze łopotały na wietrze. Włóczędzy i ochlejusy darli sobie na nich gardła. Szczególnie mocno wtedy, gdy Mogul odepchnął barkiem jednego z nich, starającego się zastąpić im drogę. Poranna toaleta w ścieku do najprzyjemniejszych nie mogła należeć.
A ranek zbliżał się nieubłaganie. Chmury nad ich głowami z ciemnogranatowej, przybierały czerwoną barwę. Gwiazd już nie było widać. I właśnie w takim momencie dotarli do głównej bramy. A co najgorsze, ktoś już na nich czekał. Kilkunastu chłopów bacznie przyglądało się wszystkim podróżnym wychodzącym ze stolicy i denerwując strażników bramy, zaczepiało tych najszczelniej okrytych płaszczami.
- Stop - powiedział jeden z nowicjuszy. - Nie wyjdziemy stąd nie wzbudzając zainteresowania. Rzucą się nam zaraz do gardła.
- A wybicie ich nie będzie dobrze wyglądało... - dodał drugi.
- Wspominałem już o tym. Musimy ich jakoś obejść. Ale jak? - zapytał Elrond. Wszyscy zaczęli zastanawiać się i rozglądać dookoła. Być może coś pomogło by im w ucieczce. Dobre przebranie? Znalezienie jakichkolwiek zbrój i cięższego oręża upodabniających ich do wojowników graniczyła aktualnie z cudem, ale odpowiedź na pytanie starca stała kilkadziesiąt metrów od nich. Zaprzęgnięty wóz wyściełany sianem, okryty skórami chroniącymi przed zmoknięciem towaru. Towaru na szczęście nie było. I woźnicy obok również. Towarzysze ucieczki podeszli do wozu, upewnili się że właściciela nigdzie nie ma i wgramolili się pod skóry. Mogula jednogłośnie wybrali na woźnicę. 
- Najpierw traktem na zachód do mostu... - poinstruował orka Elrond.
Mogul zacmokał, strzelił lejcami i koń mozolnie, ale do przodu ruszył w kierunku bramy. Oczywiście na bramie żaden z zaspanych strażników nie zwrócił na nich uwagi, ale problemy zaczęły się gdy podjechali pod chłopów. Jeden z nich niespodziewanie złapał za uzdę konia i wóz stanął
- Stój kurwa! Co tam masz na wozie? Pokazuj ale już!
- Spierdalaj gołodupcu bo Ci toporem dupsko poszerzę - warknął Mogul.
- Słyszeliście chłopy? Stawia się! Pokazuj albo jak matkę kocham...
- Co tu się do kurwy nędzy dzieje!? - krzyknął ktoś z tyłu. Był to jeden ze strażników zmierzających w naszym kierunku.
- Bo magików na pewno tam ma! Skurwysynów chędożonych! - wykrzyczał jeden z nich, rudy i pryszczaty.
- A ja w dupie mam co on tam wiezie! - powiedział strażnik. - Albo się od niego odwalicie,albo w lochu o chlebie i wodzie najbliższy tydzień spędzicie. Wszyscy!
- Co!? To bezprawie! Morderców tam wiezie! To ich trzeba zatrzymać! - jeden z kmieci niebezpiecznie podszedł do wozu. Mogul stracił już cierpliwość. Strzelił batem i wystrzelił jak sprężyna taranując chłopa trzymającego konia. Za sobą słyszeli tylko wrzaski stróżów prawa i chłopów. Po krótkim galopie byli już kilkaset metrów od miasta, w bezpiecznej odległości. Zrzucili przykrycie.

Mogul:
- Kurwa, musiałeś powiedzieć, bez żadnego wybijania, co? Było to smutne dla Mogula. Rzucający się chłopi powinni dostać nauczkę, szczególnie ten jeden, co gadał za wszystkich. Z drugiej strony, wojowniczy byli ci wieśniacy. By rzucać się na wielkiego orka. Po chwilowym przemyśleniu, jednak wyszło to na dobre, że strażnik w porę zareagował i poznał najprawdopodobniej Khana. Tak, to byłoby pewnie brudno.
- Dzie tera Edziu?

Malavon:
-Nazwanie znalezienia tego wozu szczęściem to byłoby niedomówienie. To musiała być boska interwencja. - śmiał się teraz elfi nowicjusz. -Wydaje mi się, że najtrudniejsza część drogi za nami, prawda Elrondzie? Malavon miał nadzieję, że starszy nowicjusz potwierdzi jego słowa i nie da mu kolejnych powodów do powstania wrzodów na jego żołądku.

Elrond Ñoldor:
Był już późny ranek, kompania wygodnie siedziała na wozie, memłając w ustach źdźbła siana. Słoneczko jednak nie przygrzewało uparcie, było bowiem schowane za ogromnymi obłokami chmur. Starcowi wydawało się że następnego dnia może nieźle lunąć.
- Na południe Mogulu. Jedziemy głównym traktem. Więc na takowym, pierwszy zakręt w lewo.
Zwrócił się do Malavona
- I tak i nie. Idiotów mamy już za sobą. Przed nami trochę zwykłych lasów ze zwykłą zwierzyną, ale po jakimś czasie dotrzemy do dżungli. Tam jest trochę mniej ciekawiej, ale przecież nie wszyscy z nas to nowicjusze, znające raptem jedno zaklęcie. Wjechanie tam koniec z wozem to nie najlepszy pomysł, dlatego sądzę że skraj owej dżungli byłby najlepszym miejscem na krótki odpoczynek, a później podziękowanie naszemu wojownikowi za pomoc. Z tego co się orientuję w kilometrach dojedziemy do niej pod wieczór. A przedzieranie się przez nią w nocy to drugi nienajlepszy pomysł na jaki moglibyśmy wpaść...
A skoro o wpadaniu mowa, ork zatrzymał nagle konia, bo o mały włos nie wpadłby na upadające przed ich wozem drzewo. Wokół nich pojawiło się nie wiadomo skąd sporo bandytów. Wpadli w zasadzkę.
10 x bandyta

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej