Tereny Valfden > Dział Wypraw

"Na umrzyka skrzyni"

<< < (20/58) > >>

Gunses:
Gunses uderzył ostrogami w konia. Kara klacz przyzwyczajona do obecności Wampira i jego zwyczajów wiedziała, że idzie w szarżę. Ruszyła szybko, zbiegając z uskoku na polanę i rozpędzając się, biegła w dół. Gunses rozpiął płaszcz, pozwolił, by jego poły łopotały w galopie. ÂŚciągnął z pleców wielkie błyszczące księżycowym blaskiem ostrze, które pokrywały znaki runiczne. Ujął je w swe dłonie i niczym anioł zagłady stępuje z góry, tak Gunses zjechał po pochyłości wprost na ofiary. Jeden z bandytów obejrzał się i ujrzał Siewcę ÂŚmierci, ujrzał śmierć. Gunses okryty płaszczem, z kapturem spod którego widniała jasne niczym śnieg lico i ze świetlistym wręcz ostrzem zmroził krew w żyłach bandyty. W jego umyśle uroiła się myśl, że ten demon, zwiastun śmierci jest tylko ułudą, albo nie niesie śmierci dla niego. Gunses nie dał mu długo myśleć. Przemknął na swej karej klaczy niczym duch, ostrze zaświeciło w oczach bandyty swym refleksem, a zmrożona krew wydarła się z ciała, kiedy ostrze prowadzone wielkim impetem cięło od mostka, przez szuję i żuchwę.


4/10

Elrond Ñoldor:
Elrond przylgnął do wierzchowca i w pełnym galopie wpadł w walczących. Jeden z nich, wyjatkowy pechowiec, znalazł się na trasi jego jazdy i niezdążył uciec. Koń uderzył, odrzucajac go na kilka metrów. Na nieszczęście szalony atak starca nie spodobał się wierzchowcowi człowieka. Zatrzymał się szybko, omal nie zwalając przez łeb Elronda i wierzgnął tylnimy nogami. Dla starca było to już za dużo. Zeskoczył nieporadnie, przewracajac się oczywiscie, zostawiajac konia samemu sobie aż ochłonie i podbiegł do staranowanego bandyty. Kostur miał cały czas w dłoniach. Złoczyńca rzucajac najpodlejszymi przekleństwami, którymi nie powstydziliby się krasnoludy w karczmie, szedł lekkim zygzakiem ciągnąc za sobą po ziemi miecz. Zerwał się jednak szybko w przypływie adrenalin, gdy był już blisko Elronda i z mieczem uniesionym wysoko, zaszarżował. Niedoszły czarodziej pobrał odrobinę swojej energii magicznej, skupił ją w telekinetycznym uścisku wokół klingi przeciwnika i mocno szarpnął do tyłu. Efekt był oczywisty, broń pociągneła właściciela omal go nie przewracając. Nowicjusz wykorzystał to. Był przy bandycie i mając dużo czasu na wymierzenie, udeżył z całej swojej siły zgrubiałym, poskręcanym końcem kostura w głowę przeciwnika. Ze skroni poleciała krew. Bandyta z połamaną czaszką upadł na ziemię.
Tymczasem jego towarzysze wyżynali pozostałą trójkę...

3/10

Koncentracja; Telekineza; Walka bronią obuchową: zaawansowane techniki walki [75%]

Malavon:
Elf nie zamierzał popuścić bandytom. Znalazł się przy najbliższym bandycie, po czym łupnął go kosturem z całej siły w plecy. Mężczyzna poleciał nieco do przodu, a Malavon nie ustępował w atakach. Uderzał w okolicach szyi, głowy i nóg. To jedyne miejsce, które nie były tak dobrze chronione przez kolczugę. Ostrze bandyty śmignęło raz czy dwa niebezpiecznie blisko ciała elfa. Natomiast kiedy przeciwnik atakował z większą zaciekłością, elf starał się sparować uderzenie lub zwyczajnie zatrzymać na kosturze. Przy jednym z takich ciosów Malavon skoczył w bok i wykorzystując długi zasięg kostura, rąbnął nim przeciwnika w twarz. Bandyta padł na ziemię, a nowicjusz kolejny raz wykorzystał chwilę słabości i wyciągając miecz, przebił rzezimieszkowi gardło.

2/10

Axel Ontero:
-Jeszcze z wami nie skończyłem przeklęci bandyci!- Wrzasnąłem w stronę kolejnego bandyty, który stanie się następną ofiara mojego ostrza. Spojrzałem się w stronę gdzie pozostawiłem mego dzielnego rumaka na szczęście stał tam i podgryzał trawę. Temu to dobrze. Bandyta spojrzał w moją stronę i chyba przeraził go mój wyraz twarzy a raczej krzywy uśmiech. Dobyłem miecza ze srebra poprzednio dyndającego przy pasie teraz w rękach właściciela. Zacząłem biec w stronę przeciwnika, widać było, że jest zdezorientowany moją nagłą szarżą. Gdy dobiegłem pozwoliłem bandycie wyjąć miecz i rozpoczęła się walka. Mężczyzna od razu bez zastanowienia, bez wczesnego przemyślenia swych poczynań zaatakował od góry bez najmniejszego problemu zablokowałem jego cios i wykonałem kontratak w korpus. Przeciwnik jednym ruchem ręki opuścił miecz na wysokość mojego i rozległ się dźwięk dwóch zetkniętych kling. Dość tej zabawy! Zacząłem ciąć wzdłuż szyi nacinając ją lekko przy każdym uderzeniu. Bandyta lekko oszołomiony postanowił wybić mnie z obiegu pchnięciem w brzuch, lecz się mu nie udało po porostu nie miał szans. Odbiłem jego miecz własnym i rozciąłem tętnice na szyi. Bandyta upadł ale jeszcze żył.
-Nie martw się oszczędzę Ci cierpień- powiedziałem cicho do konającego mężczyzny i dobiłem go przebijając mu brzuch swoim mieczem zakonnym.

1/10

Julian:
- Jeszcze jeden bandyta i czeka mnie darmowe piwo.
Ostatnim zbój był chyba najmłodszym z bandy. Jego chude, leciwe ręce ledwo utrzymywały broń. Postanowiłem się z nim nie cackać. Zaszarżowałem na zbójnika, widziałem strach w jego oczach. Zamiast uciekać, stał w miejscu. Głupi drań. Wykonałem klasyczne pchniecie z lewej strony. Udało mi się strzaskać jego pancerz  na wysokości żeber. Usłyszałem chrzęst łamanych kości. Jedno z żeber przebiło płuco. Młody bandyta zaczął kasłać mimowolnie. Upuścił broń. Z litości zatakowałem go jeszcze raz. Tym razem zastosowałem cięcie górne, które trafiło go w prawy bark. Bandyta upadł, nadal kasłał. Cóż za irytujący dźwięk. Kurwa. Muszę go dobić.
Podszedłem do młodziaka, zamknąłem oczy i dobiłem go poziomym ciosem w klatkę piersiową na wysokości serca.
Dzieci do rabunków posyłają, dzieci. Zartacie, daj mi siłę.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej