Tereny Valfden > Dział Wypraw
Ku bogactwu
Hagmar:
Zaczynało zmierzchać gdy dojechałeś na wskazaną polanę... Zaraz zaraz... Ty już tu byłeś. Co prawda zamiast chatki polanę zajmował obóz wojsk Zgromadzenia. Teraz pod domkiem kręciły się trzy wilki.
Eric:
- Cholera - syknął, wlepiając zmartwione spojrzenie w polanę rozciągającą się kilka metrów przed nim. Zszedł z konia i starając się nie robić hałasów podszedł do pobliskiego drzewa i przywiązał do niego swe wierne zwierzę. Kucnął w cieniu w krzakach w pobliżu polany. Wyglądało na to, że najlepszym rozwiązaniem byłaby inwigilacja obozu wroga. Cholerne wilki... Najlepiej po cichu. Tylko że ciężko jest przemknąć niezauważonym obok zwierząt z tak wyczulonym węchem. W razie czego nie był jednak bezbronny.
- Ech... - westchnął. A miał nadzieję, że bez najmniejszych problemów załatwi całą sprawę. Jak widać los w ten sposób postanowił wyrównać Diomedesowi bezpiecznie przebytą podróż. W sumie młodzieniec mógł się tego spodziewać. Zawsze, ale to zawsze miewał podobnego pecha. Teraz jego skupione oczy badały obozowisko wroga. Zaczynało zmierzchać, co było ÂŁowcy bardzo na rękę. Pod osłoną nocy łatwiej jest ukrywać się przed niepożądanym wzrokiem. Przez chwilę jeszcze wpatrywał się na małe obozowisko. Chyba roztrząsał wewnątrz jakiś poważny problem, ale po chwili podjął decyzję. Powoli i dyskretnie wyłonił się z krzaków. Rozglądnął się na wszystkie strony i widząc, że najwyraźniej droga jest wolna, ruszył ostrożnie wgłąb obozu. Bystre oczy wyłapywały każdy ruch w obrębie kilku metrów wokół niego. Z bezpiecznej odległości przyglądał się wilkom. Krążyły wokół niewielkiej chatki, chyba czymś nieco poruszone. Najwyraźniej zaczynały wyczuwać obecność kogoś obcego. ÂŚwiadomość o tym sprawiła, że twarz Diomedesa wygięła się w kwaśnym grymasie. Mimo to, postanowił powołać się całkowicie na swoje zdolności pozostawania w ukryciu. Powoli ruszył do przodu. Precyzyjnie stawiał każdy krok według określonego planu. Nie mogło tu być mowy o najmniejszej pomyłce czy przypadkowym ruchu. Przemieszczenie się każdego mięśnia było ściśle zaplanowane i w pełni świadome. Powoli zaczął przesuwać się w stronę budynku zajmującego pokaźną część polany. Przystanął w połowie drogi, by przez okno zbadać wnętrze domu.
//Co widzę? I jak tam wilczki? :D
Hagmar:
//ÂŹle zrozumiałeś, dawno temu my tutaj wygrali pierwszą bitwę z Zgromadzeniem, tera stoi tu leśniczówka. Wnętrze jest puste.
Eric:
Diomedes ze zmartwieniem podrapał się po brodzie. Czyżby złodziejaszek już zdążył ulotnić się z tej kryjówki? Może udało mu się znaleźć kupca na ametyst... W takim wypadku mógłby być już właściwie wszędzie. ÂŚrodków na opuszczenie Ekkerund by mu nie brakowało. Młodzieniec syknął. Nie mógł jednak zaniechać przeszukania chaty. Ostrożnie i dyskretnie przekradł się w stronę drzwi. Cóż, nie, były arcydziełem sztuki krasnoludzkiej, choć złośliwcy mogliby je nazwać zabytkiem antycznym. Diomedes z nadzieją pociągnął na klamkę. Tak się składało, że nie zdążył się jeszcze nauczyć szperać w zamkach. Choć oczywiście zawsze mógł wyłamać drzwi z zawiasów.
Hagmar:
Były otwarte, a na dzień dobry przywitał cię garnek o centymetry omijając głowę, w środku był gremlin.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej