Ostatni krzyk Diomedesa sprawił, przeszył moje ciało niczym gigantyczna igła wbita z prędkością błyskawicy, przyprawiając niemal o paraliż. Ja zachowałem jednak zimną krew. Nie bacząc nawet na przerażającą arachnę rzuciłem się natychmiastowo w stronę korytarza, w który wszedł młodszy Nivellen. Teraz moje emocje i uczucia przechodziły z zaniepokojenia w złość. Z wahania w furię i wściekłość. Ruszyłem korytarzem tak szybko, jak tylko mogłem. Rozglądałem się na wszystkie strony. Przejść było mnóstwo, wszystkie okryte ciemnościami. Szczęście takie, że moje oczy bestii dobrze radziły sobie w takich warunkach. Wbiegłem do korytarza, w którym zdawał mi się zniknąć Diomedes. Po chwili okazał się on ślepą uliczką. Szpon świecił w ciemnościach jak małe słońce. Zrezygnowany i wściekły cisnąłem piorunem w ścianę. Raz, drugi, trzeci. Pomogło mi to rozładować napięcie. Teraz znów zacząłem trzeźwo myśleć. Diomedesa i tak odnajdziemy, ja sam sobie z tym demonem nie poradzę. Musiałem wrócić, w końcu zostawiłem moich przyjaciół przeciwko gigantycznej arachnie. Podszedłem do nich, już niemal spokojny.
- Jakiś plan? Diom zniknął. Trzeba go znaleźć. Musimy go znaleźć. - ostatnie zdania przechodziły przez zaciśnięte zęby z wyraźnym przejęciem.