Tereny Valfden > Dział Wypraw
Wypaczona nadzieja
Julian:
Wchodząc do pokoju zobaczyłem jedynie chrapiącego Tzaro. Niech śpi, jutro będzie mu potrzebna energia.
Zdjąłem z siebie ekwipunek i dosłownie runąłem na łóżko. Obudziłem się parę godzin później. Przez malutkie okno w sypialni wpadało poranne słońce. Wstałem i podszedłem do okienka. Rozsunąłem zasłony i je otworzyłem. Buchnęło we mnie lodowate powietrze. Otrzeźwiło mnie natychmiast, a z ciała zniknęły reszty snu. Takie powietrze jest najlepsze. Ubrałem zbroję, przytwierdziłem pochwę z mieczem. Wszystkie swoje rzeczy wsadziłem do torby i zszedłem na dół. Przy stole czekali na mnie Tzaro i Patty.
Najpierw zakrzyknąłem do karczmarza:
- Przynieś mi tu coś ciepłego do jedzenia i wina nalej. Byle chyżo!
Karczmarz zaskoczony takim powitaniem, z jedzeniem przybył w oka mgnieniu.
Zwróciłem się do zakonników:
- Salute. A zatem jedzmy szybko, bo sprawa jest poważniejsza niż osobiście przypuszczałem. Jak wyruszaliśmy na tą wyprawę myślałem, że to zwykła paranoja mieszkańców. Ale okazało się, że tak nie jest. W tej okolicy dzieje się naprawdę coś niedobrego. Tam giną ludzie. Musimy wyruszyć natychmiast. Spodziewajmy się wszystkiego. Miejmy nadzieje, że to tylko nazbyt agresywne wilki. Mamy się spotkać z "przednią strażą" sołtysa w lesie. Ruszajmy w drogę.
W ciągu 10 minut skończyłem posiłek. Wstałem i podszedłem do karczmarza:
- Następnym razem bądź bardziej miły, a wpadniemy tutaj może nawet z przyjacielską wizytą. A teraz daje mi 20 sztuk złota, za pyszny posiłek.
Oberżysta patrzył na mnie jak poparzony. Jednak ja już wychodziłem. Wskoczyłem na konia i czekałem na resztę.
Axel Ontero:
Nie wiedziałem co mam powiedzieć. S początku wydawało mi się, że to będzie mniej poważna sprawa. Widocznie moje poglądy były mylne. Ale tak nie może być ktoś musi coś z tym zrobić i to będziemy my! Dodałem sobie w myślach otuchy. Dokończyłem jedzenie i dopiłem piwo. Zostawiając naczynia na stole popatrzyłem na karczmarza, uśmiechnąłem się do niego i rzekłem:
-Jadałem już gorszę rzeczy, ale piwo całkiem nieźle. Odszedłem od stołu i wyszedłem z karczmy w stronę stajni. Gdy doszedłem mój koń już czekał osiodłany. Zwróciłem wzrok na stajennego:
-Dziękuje za opiekę nad koniem.- rzuciłem mu parę sztuk złota. Dosiadłszy konia czekałem z Julianem na Patty przed wejściem do wioski. Jestem ciekaw co nas czeka. Zamyśliłem się.
Patty:
Nie zwracając uwagi na resztę spokojnie jadłam posiłek, w zasadzie nie przejmując się smakiem. O dziwo, nie było takie złe. Miód też był całkiem smaczny, dlatego też strawa szybko zniknęła z talerza, a garnuszek szybko został osuszony. Przynajmniej jedzenie mają dobre. Zapięłam pas z mieczem, odciążając ramiona i wstałam, kierując się do wyjścia. Biały płaszcz wzdął się za mną, gdy wychodziłam. Mroźny wiatr przyjemnie ochłodził rozgrzaną skórę. Wzięłam głęboki wdech i udałam się do stajni, gdzie czekał już na mnie chłopak, którego poznałam zeszłego wieczora. Na mój widok ruszył biegiem w stronę jednego z boksów i przyprowadził mojego gniadosza. Siodło było już narzucone, lecz sama dla pewności sprawdziłam jeszcze popręgi. Wolałam sama doglądać takich szczegółów, niż opierać się na niepewności. Wyglądało jednak na to, że chłopak dobrze wiedział, co robi. Rzuciłam mu monetę i wyprowadziłam rumaka na zewnątrz. Wierzchowiec parsknął, wychodząc na zimno, a sama wskoczyłam na grzbiet konia. Moi towarzysze już czekali na koniach. Skierowałam na nich konia i szturchnęłam konia piętami, popędzając do do kłusu.
- Ruszamy, panowie.
Julian:
Bardzo szybko opuściliśmy tereny wsi. Obecnie znajdujemy się na leśnym trakcie. Opisujemy podróż nim.
Mam nadzieje, że nie będziemy musieli nocować w lesie. Byłoby to niezmiernie kłopotliwe. Ten las wydaje się być wymarzoną kryjówką dla szajek bandyckich. Musimy uważać.
Wiatr wyraźnie osłabł w porównaniu do jego sił we wsi. Co nie zmienia faktu, że nadal był mroźny.
Przypomniało mi się coś! Wyjąłem z kiszeni płaszcza fajkę. Zapaliłem ją. Od razu zrobiło mi się cieplej. Założyłem kaptur na głowę. Ciekawe ile jeszcze do tego punktu kontrolnego? Powinniśmy już być bardzo niedaleko. Możliwe, że będzie za tym zakrętem.
Las w istocie był piękny. Wszędzie było słychać działalność przeróżnych zwierząt. Aż chciałoby się przyjść tutaj na polowanie. Na drzewach skakały wiewiórki wyszukując ostatnich żołędzi. Sielanka.
Axel Ontero:
Zaiste to piękny widok. Ośnieżone drzewa wyłaniające się za linii horyzontu wyglądały cudownie. Zawsze lubiłem śnieżne krajobrazy, którymi obdarza nas Hemis. Podziwiając piękno przyrody jechałem dalej w głąb lasu. Zrobiło mi się chłodno, poczułem na swej twarzy zimny podmuch wiatru. Gdy mój koń zwolnił usłyszałem dźwięki lasu. Z oddali było słychać galop dzikiej zwierzyny zapewne uciekającej przed myśliwym i gałęzie, które pękały pod naciskiem końskich kopyt. To idealne miejsce na łowy.
Otrząsnąłem się z zimna, a mój koń wypuścił kłąb pary z pyska.
-Musimy wytrzymać przyjacielu. To już niedaleko.-szepnąłem swemu koniu do ucha.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej