Chcąc zabić czas, a będąc względnie uspokojonym po odpowiedzi Zeyfara, młodzieniec, biorąc przykład z innych, sumiennie krzątających się towarzyszy, postanowił również pomóc i wziął się do roboty. Chyżo skoczył do jednej z łodzi, kipiąc nowo odkrytymi pokładami energii, byle by tylko chwilowo zapomnieć o podejrzanej sytuacji związanej z do tej pory nieznaną organizacją. Wziął trzy pomniejsze pudła, ustawił je kolejno od największego do najmniejszego na sobie i chwycił w ramiona. Zaniósł je tam, gdzie stały im podobne i ostrożnie postawił obok sterty innych pudeł. I tak kursował, pomagając strudzonym majtkom w ich żmudnej, ale niezwykle ważnej pracy. Brał wszystko po kolei, worki, skrzynki, pakunki, beczki. Jego zmęczone mięśnie powoli zaczynały dawać o sobie znać, młodzieniec nie przywykł do podobnej pracy i po długotrwałym taszczeniu przeróżnych ładunków, jego organizm zaczynał protestować. Diomedes uznał to jednak za dodatkowe wyzwanie i przyjął je z uśmiechem na twarzy. Ciągle pracował z niegasnącym entuzjazmem. Zdążył się już wyzbyć niemalże wszystkich ponurych myśli, które męczyły jego umysł i skupił się jedynie na pracy. Na każdej strużce potu spływającej po jego skroni, na każdym ciężarze, który dzierżyły jego ramiona i na wdzięcznych uśmiechach majtków, którzy najwyraźniej nie spodziewali się, że nowicjusz Gildii Magów może mieć tyle krzepy.