Tereny Valfden > Dział Wypraw
Tańce z liszami - Na ratunek Aragornowi
Eric:
Wiatr czasami nosi słowa. Nie żeby Diomedes był schizofrenikiem, ale taka myśl gościła przez chwilę w jego umyśle. Choć gościła, to nieco zbyt łagodne określenie. Lepiej pasowałoby: "wpadła jak do własnej stajni, po czym uwaliła się na sianko i pogwizdując cicho wyjść zamiaru nie miała". Dopiero po tym, jak dracon z elfką uciekli, Nivellen zaczął analizować słowa swego mistrza. W końcu miał zamiar uczyć się w szkole Lindangolu, magii wiatru. Tego wiatru, który właśnie gładził jego policzki, tego samego, który wprawiał statek w ruch i uderzał w żagle. Tego, który go otaczał. To zabawne, ale dopiero teraz Diomedes zauważył, jak czasami wielką rolę odgrywa on we wszechświecie. Szczerze mówiąc, chciał poczuć więź z tym żywiołem. W końcu miał być magiem wiatru, prawda? Zżycie z przedmiotem własnej dziedziny wydawało się czymś bardzo na miejscu, czymś co należy kultywować. Dlatego też Diomedes z błogim uśmiechem zamknął oczy i zaczął się skupiać na wietrze. Na każdym podmuchu, który go owiewał, przeczesywał włosy i wprawiał brodę i szatę w ruch. Wiatrem, który przyjemnie schładzał jego ciało. Koncentrował się na każdym dźwięku, który wywoływał: łopotaniu żagli, szumie fal... Wsłuchiwał się w symfonię morskiego tła, wspaniałą, kojącą muzykę dla uszu pragnącego relaksu i uważnego słuchacza. Wówczas przypomniał sobie również, że muzyka powstaje dzięki drganiom powietrza. Za tą myślą pobiegły następne, między innymi wspomnienie z jego rodzimego miasteczka, do którego przed laty przyjechał bard. Diomedes był wtedy jeszcze młodzieńcem, nastolatkiem. Pamiętał, jak z rozwartą paszczą przyglądał się grającemu na lutni skaldowi. Zręcznie ułożone palce naciskały na struny na górnej części lutni (którą nieobeznany Diomedes zwykł potem nazywać szyjką), a druga dłoń rytmicznie wprawiała struny w drganie. Kolejne czyste i piękne dźwięki mogły zaistnieć tylko dzięki istnieniu powietrza. Powoli uśmiech Diomedesa zaczynał się coraz bardziej rozszerzać. Gdyby go tak ktoś zobaczył, pewnikiem od razu pomyślałby, że pod osłoną powiek nowicjusz sobie słodko świntuszy. Zdecydowana mniejszość zauważyłaby jego delikatną duszę, ukrytą pod twardą skorupą i często wymuszoną, aktorsko wyćwiczoną postawą. Nivellena nie zajmował jednak fakt, że ktoś w ogóle mógłby na niego w tej chwili patrzeć. Był tak pogrążony we własnych przemyśleniach, że zupełnie odciął się od reszty świata, zamieszkał w tej małej części, która była jego umysłem. I wtedy zaczął nucić piosenkę, którą kochał. Ze słodkiego zamyślenia wyrwał go dopiero znajomy głos. Wydawał się tak odległy, ale mimo to dotarł do uszu Diomedesa. Wybudził się ze swojego miłego transu i nieco oszołomionym wzrokiem omiótł swoje najbliższe otoczenie. Tuż obok niego stał Darlenit.
- Tak... - odpowiedział na pytanie, które mgliście sobie przypominał. Nie była to zbyt konstruktywna odpowiedź, ale jej marzycielski ton dopowiedział całą subtelną i delikatną resztę.
//www.youtube.com/watch?v=HOYMT25zPgs
Izabell Ravlet:
Widząc zadumę Diomedesa, sam wpadłem w zamyślenie, w nostalgię. Przypomniały mi się młode lata. Jak większość swoich rówieśników uczyłem się połowu ryb. Spędziłem niejedną noc na morzu, gdy wokół była tylko woda, a ląd widoczny był w oddali. Uczucie wiatru na swym ciele, to zawsze było dla mnie niezwykłe. I w tym momencie mnie natchnęło. Rzekłem więc do Diomedesa, wręcz mentorskim głosem:
Słyszałem o tym, że zamierzasz szkolić się pod skrzydłami Zelerisa - w tym momencie się uśmiechnęłem. Stwierdzenie to było niezwykle trafne, jednak kontynuowałem - wcześniej chciałeś się szkolić w magii wody. Niezdecydowanie nie jest cechą porządaną u maga. Musisz również pamiętać, że tylko ty masz pełną władzę nad sobą, a inni mogą jedynie wpływać na ciebie. Przemyśl, czego tak naprawdę chcesz - zakończyłem, zachęcając do rozmyśleń. I odszedłem parę kroków dalej. Jeżeli Diomedes chciał przemyśleć, mógł to robić w spokoju. Jeżeli zaś chciałby coś mi powiedzieć, byłem w zasięgu jego głosu.
Eric:
Diomedesa troszkę zdenerwował ten aż za nadto mentorski ton, ale zignorował tę niewygodę i wyjątkowo uważnie wysłuchał całej rady. W sumie nie dowiedział się nic nowego. Początkowo faktycznie chciał się szkolić w magii wody, ale była to impulsywna decyzja. Dopiero po głębszym przemyśleniu Diomedes dojrzał lepsze i znacznie ciekawsze rozwiązanie. Czego prawdziwie pragnę... Kolejna krótka myśl, mącąca idealny obraz uosobienia wiatru, który gościł w jego umyśle. Nie wiedząc do końca jak się wysłowić, skinął Darlenitowi głową w geście podziękowania za radę i znów pogrążył się w myśleniu. Ponownie zamknął oczy i skoncentrował się na delikatnych podmuchach wiatru smyrających jego policzki. I na tej wcześniejszej wietrznej symfonii. Na ponów uśmiech zawitał na jego twarz. Sytuacja ta była tak łudząco podobna do tej z przed chwili, że właściwie jakikolwiek obserwator mógłby teraz doznać silnego uczucia deja vu.
- Wiatr - powiedział, otwierając swe oczy i przekręcając głowę w kierunku Darlenita. - Tego pragnę - dodał, a uśmiech rozświetlał jego oblicze.
Izabell Ravlet:
Spojrzałem prosto w jego oczy. Wręcz skrzyły. Odrzekłem więc:
Widzę, że podjąłeś decyzję. Trzymaj się jej lub rzuć od razu - stwierdziłem. Aby moje słowa stały się nieco mniej mentorskie, dodałem po chwili - stój tu i zespalaj się z wiatrem lub zrób to co ja, czyli idź się napić - uśmiechnąłem się. Chciało mi się napić kiego trunku, jak nigdy. Ruszyłem więc w stronę przejścia pod pokład...
Isentor:
//Brak informacji o tym kto jest MG wyprawy.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej