Tereny Valfden > Dział Wypraw

"Sok z Złotej Rudy - Kici kici smoczku"

<< < (87/91) > >>

Adaś:
Adamus znowu wrócił do rzeczywistości. Pędził jak oszalały przed siebie. Czuł nie wyżytą żądze zabijania w tym momencie. Sam nie wiedział skąd mu się to wzięło teraz. Na jego ubrudzonej czarną mazią twarzy malowała się nienawiść do przeciwnika i chęć zabijania. Non stop popędzał konia, już nie wyglądało to jak cwał tylko jak wyścig w poszukiwaniu krwi. Koń pędził z dużą prędkością. Adamus ujrzał kolejnego jeźdźca który zbliżał się ku niemu. Był już przygotowany do konfrontacji gdy nagle kawałek nad nim i jego przeciwnikiem przeleciał smok. Przez co konie się spłoszyły i zrzuciły z koni. Pech chciał że łowca wylądował tuż obok przeciwnika a miecz leżał jakieś dwa metry od niego. Nie pozostawało nic jak rękoczyn. Adamus błyskawicznym ruchem dźwignął się chwycił pierwszy lepszy kamień i zaczął nim bić po głowie wyniesionego. Bił go tak niezmordowanie że przeciwnik stracił przytomność. Teraz Adamus sobie przypomniał o sztylecie w cholewie. Wyciągnął go i powoli z miną psychopaty zaczął podrzynać gardło nie przytomnemu. Gdy to skończył schował nóż z powrotem do cholewy, dźwignął miecz i złapał konia. Po czym go dosiadł i ruszył dalej.

14/30

Hagmar:
Dawaj Selerku! Nakurwiamy! Waaaaaaaggghhhhh!!!! Ryczał Yarpen, huknęło dwa razy z pistoletów i na ziemi leżały dwa trupy z dziurami w czaszkach. Adamus! Ja strzelam Ty ładuj, kula do lufy proch na panewke!

Dragosani:
Zeleris machnął skrzydłami i wzniósł się w powietrze. Lecąc w stronę smoków pobrał moc do aktywacji zaklęcia. Miał być wiatrem... miał zespolić się z żywiołem, którym władał... wizualizacja przebiegła szybko. Jak zawsze.
- Elishashqihu! - wykrzyczał inkantację, a jego głos przebił się przez szum wiatru. Ciało maga zaczęło parować. Po chwili jego ciało zniknęło, stał się częścią żywiołu. Powietrzem. Wiatrem. Impulsem woli skierował się w stronę smoków. Nadał sobie prędkości huraganu. I uderzył. Z całą mocą na jaką było go stać. Był powiewem. Pędem powietrza. Wiatr, sprzymierzeniec lecących smoków, stał się teraz ich wrogiem.

Patty:
Przeniosłam ciężar ciała na lewą nogę, przyjmując uderzenie. Stal zwarła się ze szczękiem, posypały się iskry. Patrzyłam spokojnie na przesłoniętą hełmem twarz przeciwnika i odepchnęłam go telekinezą, przechodząc do natarcia. Jednak nie było mi to dane, psioniczny pocisk trafił mnie w brzuch, odsunęło mnie do tyłu i skrzywiłam się. Na szczęście łopatka nie sprawiała mi już żadnych kłopotów, odzyskałam swoją sprawność. Szybkim półpiruetem uniknęłam ciosu przeciwnika i wyprowadziłam własne, proste cięcie. Nic, co mogłoby choćby naruszyć zbroję, nie dysponowałam takim orężem, chciałam tylko zasypać wroga uderzeniami, by nie zepchnąć go do defensywy. Klinga miecze co rusz uderzała o blachy pancerza, w kilku miejscach wgniatając metal. Wtedy gwałtowne, psioniczne uderzenie odrzuciło mnie w tył, poleciałam na ziemię. Zabolało. Rycerz zaszarżował, w biegu składając się do co najmniej trzech kombinacji. Idiota, przemknęło mi przez myśl, zatem to prawda, co mówili o zgubnym wpływie demonów na umysł. Nie potrafili logicznie myśleć. Podcięłam go telekinezą, jego nogi nagle zgięły się i przeciwnik z łomotem upadł na ziemię, wypuszczając miecz. W tym czasie zdążyłam się zerwać z ziemi i doskoczyłam do niego, już trzymając miecz oburącz. Klinga z chrzęstem wbiła się w szczelinę pancerza, krusząc nieznaną mi kość. Wyłączony z walki wróg nawet nie westchnął. Sama zaś obróciłam się, dostrzegając kolejnego wroga. Widząc mnie spiął konia i zaszarżował, wznosząc miecz. Odsunęłam się na drugą stronę, by nie mógł mnie ranić i złożyłam się do prostego cięcia, po końskich pęcinach. Zwierzę zakwiczało przeraźliwie, zrzucając jeźdźca z siodła. Mimo uzbrojenia zaczął się błyskawicznie podnosić z ziemi. Skumulowałam energię magiczną, jednocześnie wyciągając lewą rękę.
- XIR - mruknęłam, obserwując wielobarwne nici wydobywające się z koniuszków palców. Zawsze mnie fascynowały. Bezszelestnie dotknęły napierśnika wroga i wniknęły w ciało, rozrywając duszę na strzępy. Bez niej bardzo szybko słabł, co po chwili dawało się zauważyć. Co prawda nie próżnował, próbując mnie zaatakować. Gdy jednak odczuł działanie zaklęcia uderzyłam z półpiruetu, wykorzystując impet i telekinezę. Ostrze z szybkością błyskawicy pomknęło ku hełmowi, uderzając z hukiem w blachę.

12/30

Adaś:
Adamus jak na rozkaz w momencie zjawił się przy Krasnoludzie. Przykucnął i zaczął błyskawicznie ładować strzelbę. Nie szło mu to zbyt dobrze.  Szczególnie z powodu pośpiechu, dużo prochu mu się rozsypywało. Ale po chwili miał obie strzelby nabite.  Podał je Yarpenowi a ten wystrzelił, co spowodowało spadek dwóch jeźdźców ze swoich rumaków. Gdy Adamus ładował kolejny raz strzelbę z tyłu krasnoluda zaatakował kolejny wyniesiony. ÂŁowca błyskawicznym przy skokiem zablokował cios przeciwnika. Rozgorzała między nimi walka, dźwięk szczebiotającego metalu rozchodził się. Adamus nie miał szans wyprowadzi morderczego gdyby nie pomoc Yarpena. Gdyby ten nie podszedł od tyłu i nie podbił strzelbą nogi przeciwnika. Co adept wykorzystał i pogrążył swoją klingę w szyi lezącego wojownika. Gdy łowca to zrobił odezwał się Yarpen:
Kurwa wracaj do nabijania, tylko ruchy!!

9/30

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej