Tereny Valfden > Dział Wypraw

"Sok z Złotej Rudy - Kici kici smoczku"

<< < (88/91) > >>

Hagmar:
Gadami zachwiało tak że piloci pospadali, gady szykowały nalot...

Anette Du'Monteau:
Mauren znalazł się znów w towarzystwie nieprzyjemnie wyglądającego wojownika. Widać stracił gdzieś swojego wierzchowca. Oczy łypały lodowato z pod hełmu, obserwujące każdy ruch ciemnoskórego. Zeyfar więc puścił się biegiem przed siebie. Wyniesiony zrobił podobnie szarżując z uniesionym ostrzem.  Gdy ten się zamachnął, łowca zwinął się w kulkę i przeturlał pod klingą. Miecz upiornego rycerza zawadził nieznacznie za pancerz skrytobójcy, jednak to nie przeszkodziło mu wbić obu mieczy w bok przeciwnika. Głownia katany powędrowała wprost pod pachę. Druga klinga znalazła szczelinę miedzy pasem, a napierśnikiem wbijając się głęboko w biodro. Z gardła rycerza wydobył się niesamowity ryk. ÂŁowca nie czekając wyszarpnął miecze i potężnym kopniakiem posłał oponenta na ziemię. Zanim demoniczny szermierz wstał, syn pustyni przygniótł go butem. Kilka chwil potem para zabójczy mieczy tkwiła w karku nieruchomego upiora.
8/30

Anv:
Spojrzałem w górę. Cztery smoki! Czy to kiedykolwiek jest możliwe do powstrzymania? Słyszałem wszystkie rozmowy towarzyszy wokół mnie. Mieliśmy wytrwać dziesięć minut i nadejdzie pomoc. Niby nie dużo, dziesięć minut to nic w porównaniu z życiem człowieka. Jednak dziesięć minut w piekle urządzonym nam przez wyznawców Oma było nie do wytrzymania, bądź graniczyło z cudem. Spojrzałem na swój miecz. To był mój przyjaciel. Ratował mi życie i był wierny od początku i będzie do samego końca. Przeznaczony mi w rytuale powiązania z krwią. Potem spojrzałem na jednego ze smoków wirujących w powietrzu. A gdyby tak?... Nagle skupiłem w sobie odpowiednią porcję energii i uniosłem się gwałtownie do góry. Mogło się to wydawać szalone, może nawet samobójcze, jednak nie miałem wyjścia. Moim kompanom zagrażała śmierć a obecnie byliśmy wszyscy niemal bezbronni. Czasem trzeba się poświęcić. A nuż się uda. Leciałem w stronę jednego ze smoków. Był on wystawiony do mnie tyłem, więc miałem pewną swobodę działania. Jednak tu było ich więcej. Nagle któremuś ze smoków zachciało się pozbyć mnie. Zapewne byłem dla nich jak natrętna mucha. Kula ognia pofrunęła w moją stronę. Widząc to przyspieszyłem lotu, zwłaszcza, że nie miałem tyle pokładów energii magicznej co np. Zeleris. Pocisku jednak nie uniknąłem. Kula trafiła w moją nogę, zajmując cały but płomieniami. Nie miałem czasu by to jakkolwiek ugasić. Pięta o piętę zsunąłem płonącego po cholewę buta. Spadł gdzieś w tłum. Szczęśliwie, reszta zbroi nie zajęła się ogniem. Szybko wylądowałem na grzbiecie upatrzonego wcześniej smoka. Szczęście w nieszczęściu, że teraz jeden nie będzie atakował mnie bo, może zranić drugiego, tego na którym stoję. Teraz musiałem się przemieścić w miejsce gdzie siedział pilot. Być może bestia się nie zorientuje. Co ciekawe po latającym smoku nie da się chodzić. Musiałem trzymać się jego grzbietu rękami i nogami. W połowie drogi, gdzieś pomiędzy skrzydłami smoczyska, ten chyba się zorientował. Bowiem podwijając ogon do góry, uderzył jego koniec prawie idealnie we mnie. Prawie, bo nie trafił w tułów, a nogę. Oczywiście moja kość gruchnęła z przyjemnym chrupnięciem. Chodzenie, nie było już tak łatwe. Starając się wydostać spod zasięgu ogona, zacząłem wykorzystywać całą moją siłę. W efekcie dotarłem d nasady jego głowy. Tu było potencjalnie bezpiecznie. Szybko sięgnąłem do cholewy buta, tak do cholewy drugiego, bo jeden zrzuciłem już wcześniej. Stamtąd wyciągnąłem różdżkę, którą nakierowałem na miecz. –  IGOI! – wykrzyczałem a kula ognia objęła swymi płomiennymi ramionami całą klingę. Wtedy zacząłem mój taniec śmierci. Wstałem ciut wyżej i przysunąłem się bliżej czoła smoka. Z całej siły jakiej tylko miałem jeszcze w swym organizmie wbiłem płonące ostrze w gałkę oczną bestii. W sumie, miecz wbity w gada dawał mi jak takie oparcie. Teraz trzymałem się go jedną ręką, drugą zaś w której dzierżyłem różdżkę, wymierzyłem w skrzydła smoka. – IGOI! IGOI! - posłałem kulę ognia raz w jedno, raz w drugie. Po zabiegu, błyskawicznie, schowałem różdżkę za pas i wyciągnąłem miecz z oka smoka. Zacząłem dźgać go, gdzie tylko odnalazłem bardziej miękki kawałek skóry. Wszystko to jednak w wyznaczonym obszarze, aby nie tyle go ranić, co zabić. Spędziłem na tej głowie, już trochę czasu, a znając anatomię smoka, dopatrzyłem się specjalnego miejsca, pod którym powinien być jego mózg. Skupiłem w sobie całą siłę. To była chwila decydująca o moim życiu lub śmierci. Na nic więcej nie mogłem sobie pozwolić.  – Aaaaarrgh! – wykrzyczałem i zatopiłem ostrze w czaszce smoka. Bestia zawyła przeraźliwie Znaczy udało się? – przeszło mi przez myśl. Prawdopodobnie tak, bowiem imperialny smok, ostatnim odruchem, jakże typowym też dla ludzi, uderzył łapskiem w miejsce skąd dochodził ból. Uderzenie było celne, bowiem było, uderzeniem agonalnym, jednak było na tyle silne, że złamało mi przynajmniej trzy żebra. Tym samym rozwalając zbroję końcem pazurów, które to o mnie zahaczyły, przy okazji konkretnie orając mój bok. Smok, a raczje truchło zaczęło opadać, ja się ześlizgnąłem i opadałem oddzielnie. Nie miałem siły wygenerować na tyle energii by wyhamować upadek lewitacją.
- Zeleris, mam nadzieję, że jesteś tu gdzieś obok. Błagam – krzyknąłem ostatkiem sił i zemdlałem. Tak mi się wydaje, przynajmniej straciłem chwilowo przytomność.

Dragosani:
Flamel latał sobie wesoło jako wietrzyk. Przeszkadzał smokom. Może to niewiele, ale też niezbyt dużo mógł zrobić. Oczywiście zauważył Anva, który wylewitował się na smoka. Gdyby Dracon w postaci wiatru miał ręce pacnąłby się w rogate czoło. To co robił ÂŁowca była szalone. I w sumie bardzo do niego pasujące. Zeleris obserwował jego poczynania, gratulując u w duchu. Gdy jakimś cudem smok został zabity, Anv odpadł od ciała i zaczął spadać w dól, ku niechybnej śmierci. Flamel nie mógł czekać. Ruszył pędem w dół. Nie zamierzał zostawić przyjaciela, aby roztrzaskał się o ziemię. W powietrzu rozproszył zaklęcie i wrócił do formy Dracona. Wciąż dzieliło ich kilkanaście metrów, gdy transformacja się zakończyła. Flamel ścisnął skrzydła, aby pikować jak najszybciej. Zbliżał się do tego demonicznego sukinsyna. Dzieliła ich coraz mniejsza odległość. Piętnaście metrów, dziesięć, pięć... Dracon minął Anva i zawisł za nim, hamując potężnym machnięciem skrzydłami. Wyciągnął ramiona... Anv wpadł w nie. Pęd popchał maga w dół, lecz praca skrzydeł zniwelowała to. Złapał pewniej przyjaciela i wylądował. Od ziemi dzieliło ich pięć metrów.
- Jesteś popierdolony. - wyraził swoją radość po uratowaniu kompana.

Hagmar:
Tymczasem od południa nadleciało pięć pięknych złotych smoków.

//www.youtube.com/watch?v=Zd3bGpLpRZ0

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej