Tereny Valfden > Dział Wypraw

"Sok z Złotej Rudy - Kici kici smoczku"

<< < (86/91) > >>

Hagmar:
Nie wiem kurwa! W lewo! Ledwo zdążyli zrobić unik prze ognistym podmuchem. Ppędź na plaże, powiadom Kapitana Kirrahee to mag! Sprowadzi Cesarskie Siły Powietrzne, cokolwiek to znaczy!

Dragosani:
Zeleris mógł najszybciej dostać się na plażę. Dlatego też uznał, że słowa Aragorna były kierowane do niego. Kiwnął głową i skupiając wolę na swoim celi przemienił ciało w energię magiczną. Zniknął w głośnym trzasku i błysku mocy. Przeteleportował się na plażę. Tam rozpoczął poszukiwania kapitana. Popytał kilku ludzi, którzy wskazali mu sporawy namiot. Dracon ruszył tam natychmiast. Przed wejściem dwójka przydupasów kapitana próbowała go zatrzymać, ale spotkali się z pięścią Dracona. Flamel wpadł do namiotu.
- Potrzebujemy Sił Powietrznych! Szybko! - powiedział. - Wróg zaatakował. Czterema smokami! - nie było raczej czasu na dłuższe tłumaczenia.

Hagmar:
Pfuu... - w stronę dracona poleciała struga kawy - Wytrzymajcie, dziesięć minut. I znikł w srebrnej mgiełce.

Dragosani:
Zeluś wytarł kawę z twarzy i również się przeteleportował. Do swoich, na front. Sytuacja nie poprawiła się ani trochę podczas jego nieobecności. Padło jedynie kilku demonicznych rycerzy. Mag szybko podleciał do Aragorna.
- Jesteśmy udupieni! - powiedział optymistycznie. - Mamy wytrzymać tutaj dziesięć minut! - powiedział. Spojrzał w niebo na nadciągające smoki. Będzie ciężko. pomyślał. Nagle wpadł na pomysł.
- Mógłbym jako wiatr utrudnić im nieco manewrowanie i lot... - zaproponował.

Anv:
Nagle poczułem mocne uderzenie w plecy, zachwiało mną i upadłem. Odruchowo odwróciłem głowę i zauważyłem idącego w moją stronę wyniesionego.  A więc to co mnie trafiło, to był pocisk psioniczny. Wspaniałe w swej potędze narzędzie, jak bardzo chciałbym zgłębić tajniki tej sztuki. Telekineza nie pozwalała na tak wiele jak jej silniejsza odmiana. Teraz jednak nie miałem zbytnio czasu na rozmyślenia, bowiem w moją stronę już pikowało od góry ostrze miecza. Błyskawiczna reakcja pozwoliła mi się przekręcić na bok, unikając przygwożdżenia do ziemi. Miecz wciąż trzymałem w ręce, więc obecnie miałem dość ciekawą sytuację. Zamachnąłem się w tej niewygodnej pozycji, prowadząc klingę równolegle do ziemi na niewielkiej wysokości. Nagle moją twarz zalała niezła porcja czarnej mazi. To mój miecz napotkał na swej drodze nogę wypaczonego wojownika i bez większych problemów pozbawił go jej. Szybko zerwałem się na nogi, gdy mój przeciwnik jednocześnie upadł. Stanie na jednej nodze w czasie walki nie było zbyt łatwe. Jak widać nie radził sobie z tym zbytnio. Teraz role się odwróciły i to ja uderzałem raz za razem mieczem w ziemię, by ubić zmorę. Radził sobie i kilku ciosów sprawnie uniknął, jednak niektóre zatopiły się głęboko w jego brzuchu. Ostatecznie przeskoczyłem nad nim wykonując efektowne salto w tył, po czym kontynuowałem ruch mieczem, który ostatecznie opadł w miejscu gdzie powinna być szyja wyniesionego. Wyprostował się w konwulsjach i zmarł. Już bez głowy. Zapewne był to tylko ostatni ruch nerwów, mięśni. Nagle ni stąd ni z owąd wychyliłem się w bok. W tym samym momencie obok mojej lewej stopy wylądował koniec miecza. Moje wyczulone zmysły dały mi znać już wcześniej, że ktoś się do mnie zbliża. Przeniosłem ciężar ciała na jedną nogę, a drugą odbiłem się od ziemi. Poskutkowało to bardzo ładnym półobrotem, zakończonym mocnym kopniakiem w udo wypaczonego wojownika. Nie był to oczywiście standardowy kopniak. Przyłożyłem się do niego dość znacznie i siła z jaką opadł na nogę mojego oponenta była naprawdę spora, co odepchnęło go na kilka ładnych metrów. Po takiej walce byłem pełen wściekłości. Efektownie zrzuciłem rękawicę z demonicznego szponu ukazując jego pełne oblicze. ÂŚwiecił cały jasnym światłem, pomiędzy palcami można było dojrzeć drobne wyładowania elektryczne. Jakby na mej dłoni rozgrywała się burza. Wyprostowałem ramię, wyrzucając je przed siebie, jednocześnie impulsem emocji nakazałem atak. Z dłoni w stronę Wyniesionego pomknął silny piorun. Nie przytrzymywałem go jednak. Byłem zbyt rozjuszony. Zamiast tego ciskałem raz za razem. Jedno wyładowanie, drugie, trzecie, w końcu czwarte. Ciałem przeciwnika miotało na wszystkie strony, zmarł zapewne po drugim uderzeniu, bowiem pioruny były bardzo silne. Jednak ja ciskałem. Po chwili opanowałem się. Opanowałem? To chyba zbyt duże słowo, zwłaszcza zważając na to co zrobiłem potem. Jednym skokiem przeniosłem się nad ciało wyniesionego. Stanąłem za jego barkami, układając sobie jego głowę między nogami. Błyskawicznie nachyliłem się łapiąc go szponem za głowę, za szyję , by być pewnym. Resztę ciała przytrzymałem stopą, położoną na klatce piersiowej. Nagłym ruchem oderwałem głowę od korpusu i podrzuciłem do góry. Czemu to zrobiłem? Bo mógł jeszcze żyć. Chyba. Przecież mógł być tylko oszołomiony. Dlaczego jednak gdy głowa spadała, zręcznym ruchem przeciąłem ją mieczem? Nie wiem. Ale było fajne.

15/30 zostało.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej