Tereny Valfden > Dział Wypraw
"Sok z Złotej Rudy - Kici kici smoczku"
Dragosani:
- Niczego nie obiecuję... - odparł czarnulek. Zamknął oczy. Liczył na to, ze czarna skaza wzmocni zaklęcie na tyle, aby było skuteczne przeciwko takiej ranie. Kurwa, przecież Patty nie może zemrzeć. Może była niewdzięczna i zwiała z Gildii, ale bądź co bądź była kompanka wielu bitew. Mag pobrał moc. Całkiem sporo. Przyłożył dłonie do rany i wypowiadając inkantację przelał energię w ciało dziewczyny.
- Izhuesh Ruarishesh, Gresh Ilxuesh Arishesh. - poczuł mrowienie i ciepło pod palcami, gdy magia zaczynała oddziaływać.
Hagmar:
Zefuś nie zauważył pędzącegoo w jego stronę miecza, spróbował sparować bokiem ale ostrze i tak przecięło pancerz tworząc płytką ranę.
Anette Du'Monteau:
Zeyfar w tym momencie przyjął cios na bok. Ostrze trafiło na mniej osłonięty kawałek zbroi i drasnęło płytko ciało maurena. Navarre syknął czując chłodny metal. Odwrócił się i krzyżując klingi wzbogacił klatkę piersiową zamachowca o wielki "X". Uznając ranę za niezbyt poważną ruszył dalej. Zielone oczy ukryte za maską płonęły żywym ogniem. Wykorzystując całe swoje siły pchnął kolejnego przeciwnika przebijając go na wylot. Dzięki mithrilowi było to o wiele łatwiejsze. Zamaszystym ruchem wyrwał klingę z wnętrzności mężczyzny i ruszył przed siebie. Używając ukrytego ostrza zakręcił się wokół szyi jednego z legionistów i przeciął krtań. Nieszczęśnik bulgocząc od własnej krwi osunął się na ziemię. Szybki i zdecydowany ruch pozwolił ciemnoskóremu wojownikowi dobyć noża do rzucania. Ten natychmiast został wyrzucony w twarz nie wiadomo już, którego z kolei przeciwnika. Wkładając całą siłę w następne uderzenie Zeyfar zmiażdżył pięścią szczękę wroga. Ofiara obróciła się i padła twarzą na ziemię pogłębiając ranę zadaną nożem.
Anv:
Synchronizacja działań łowców, była idealna. Anvarunis wychylił się, nadstwaił miecz na około sto pięćdziesiąt stopni do toru lecącej kuli, co sprawiło, że przy kontakcie zaklęcia z klingą, ta zajęła się żywym płomieniem. Dwóch legionistów już wcześniej zmierzało w stronę Anva. Widząc to co działo się z jego mieczem, jeden postanowil się wycofać. Drugi wydawal się byc odważniejszy. Usmiech szaleńca rozbłysł na ustach łowcy. Sam ruszył szybszym krokiem w kierunku nadchodzącego przeciwnika. Gdy był dostatecznie blisko legionista próbował wykonać cięcie pionowe, do góry. Tak typowe dla osób poczatkujących. Anvarunis nie zdążywszy wyprowadzić bloku bądź co bądź ciężkim mieczem, wystawił poprzecznie do ataku oponenta demoniczny spzon. Wiedział bowiem, że ten bez problemu zablokuje nawet najostrzejsze klingi. Blokując, przyklęknął na jedno kolano. Impetem uderzenia odepchnął miecz przeciwnika i wykonując półkole nogą kopnął w tył kolana legionisty, co zachwialo jego równowagą. Jednocześnie Anv wypuścił miecz i wykonał charakterystyczne szarpnięcie nadgierstkiem prawej ręki. Błyskawiczne działanie mechanizmu wysunęło z rękawa ukryte ostrze. Teraz gdy legionista zachwiał się na lewym kolanie, łowca energicznie się wyprostował chwytając prawą ręką za twarz mężczyzny. Tym samym zatapiając ostrze we wnętrzu czaszki mężczyzny. Uśmiercając jednego, nie zauważył drugiego. Gdy Anv podnosil się w śmiertelnym dla pierwszego legionisty ruchy, drugi wyprowadził wcześniej cięcie, stojąc za plecami Anvarunisa. Fakt, że łowca się podniósł sprawił, że miecz tylko ześlizgnął się po jego plecach. Tylko, albo aż, bowiem zostawił po sobie pokaźną ranę przez połowę długości pleców.
- Ty kurwo! - wrzasnął z bólu tropiciel. Błyskawicznie się odwrócił i potężnym kopnięciem w brzuch zgiął mężczyznę w pół. Szał przepełniał go całego. Dając sie ponieść emocjom, chwycił za głowę legionisty demonicznym szponem i oderwał ją mocnym szarpnięciem. Nie czekając chwili dłużej podniósł odłożony wcześniej własny miecz. Zapewniał on tak ulubione poczucie bezpieczeństwa i przewagi nad wrogiem. Wyostrzył zmysły i podbiegl do Zeyfara, by sprawdzić czy nic mu nie jest.
- Wszystko w porządku? Dajesz radę?
Anette Du'Monteau:
-Powinienem przywyknąć, w końcu to dopiero początek. - słychać było słowa zza maski i ciężki oddech zmęczenia. -W razie co oddale się i nieco opatrzę, ale na razie możemy jeszcze trochę narozrabiać. ÂŁowcy wywołali prawdziwe piekło na tyłach armii. Ludzie ginęli pod ostrzami mistrzów klingi, a jeśli nie to uciekali dotkliwie zranieni. Płomienne ściany również robiły swoje zapalając nieostrożnych uciekinierów.
Zeyfar usłyszał za sobą tupot ciężkich buciorów. Wykonał obrót wokół swojej osi i ciął nadchodzącego przeciwnika. Wzniesiony wcześniej miecz, teraz leciał na ziemię razem z odrąbaną ręką. -Nie ma czasu na odpoczynek. IGOI - zakończył rozmowę kulą ognia wycelowaną w grupę uciekinierów. Kilku się osmaliło, a reszta z nieco płonącym ekwipunkiem rzuciła się do wiader.
-Szukaj przywódców, trzeba pozbawić "głowy" tego "kolosa". - rzucił pędząc do pobliskiego namiotu. Tam natknął się na wyższego rangą żołnierza. Tak przynajmniej wnioskował po zbroi i zdobionym mieczu. Mauren zamarkował cięcie z nad głowy, a drugim machnął od prawej. Wyszkolony legionista lub oficer odbił uderzenie i przeszedł do ofensywy. Atakował zaciekle swoim ostrzem o inkrustowanej rękojeści. Zeyfar mógł jedynie odbijać i unikać kolejnych razów. W końcu nadarzyła się okazja i pochylając się nisko łowca wybił do przodu przejeżdżając kataną po boku przeciwnika. Ogniwa zbroi puściły, a z dość poważnej rany buchnęła krew. Mężczyzna zachwiał się i złapał za bok. Chciał walczyć dalej, nie było mowy o poddaniu się. Mauren krążył ciągle wokół oponenta wyprowadzając niegroźne cięcia. Niektóre trafiały, a inne były parowane. Z postanowieniem zakończenia pojedynku Zeyfar podciął wyższego rangą legionistę i zanim ten upadł, przebił go mieczem. Klinga przygwoździła mężczyznę do ziemi. ÂŁowca wyciągnął broń i wybiegł z namiotu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej