Tereny Valfden > Dział Wypraw
"Sok z Złotej Rudy - Kici kici smoczku"
Adaś:
Adamus nie czekał na odpowiedź Maurena widząc co czyni Anva. Pomyślał sobie Pierdolę. Po czym dobył łuku i wstał. Nałożył strzałę na cięciwę i zaczął celować w biegającego oficera z wodą. Był to trudny cel zwłaszcza dla tego że biegał a do tego gwar nie pozwolił się skupić. Postanowił strzelić kawałek przed biegnącym wojakiem. Strzała poleciała trafiając go w udo co spowodowało jego upadek i zlecenie się jego podkomendnych w okół niego.
Adept bardziej okazji nie mógł wykorzystać zaczął strzelać bez dokładnego celowania w owe zbiorowisko. ÂŻołnierze padali jak muchy. W pewnym momencie łowca dostrzegł biegnącego z mieczem legionistę w kierunku krzaków w poszukiwaniu dywersantów. Adept ponownie nałożył strzałę na cięciwę po czym do ciągnął ja do kącika ust. Zaczął dokładnie celować nie chciał aby żołnierz ten zdradził zbyt szybko ich pozycję. Po dwóch uderzeniach serca adepta zdało się słyszeć świst strzały i jęk padającego żołdaka z strzałą w mostku.
Patty:
Słysząc bitewne słowa Flamela i ja zapaliłam się do walki. Odrzuciłam tarczę na plecy, dając sobie większą swobodę ruchu i ruszyłam przed siebie, na kolejnego legionistę. Wzorem poprzedniego i ten wypalił z kuszy. Może i strzelcami byli dobrymi, ale sprzęt mieli co najmniej do dupy. Skoczyłam w przód, przetaczając się po piasku i rzuciłam się na wroga. Kompozytowe ostrze wyło w powietrzu, co rusz uderzając w słabsze, żelazne ostrze wroga. Byliśmy na równym poziomie, choć ja byłam dużo szybsza. Chcąc zaskoczyć przeciwnika zawirowałam w piruecie, jednocześnie chwytając obiema dłońmi za ostrze miecza. Dawało mi to dużo szersze pole manewru. Uskoczyłam przed ciosem miecza i wykonałam szybkiego młynka własną brzytwą, uderzając długim jelcem w skroń legionisty. Mocna, stalowa poprzeczka rozorała czaszkę przeciwnika, powalając go na ziemię. Nawet jeśli przeżył, nie był w stanie walczyć, cios jelcem zapewnił mu co najmniej wstrząs mózgu, może pękniętą kość czaszki. Nie zwracając na niego większej uwagi wróciłam do normalnego chwytu broni, szarżując na kolejnego wroga. Jedno, proste cięcie zniszczyło kuszę, już we mnie wycelowaną i atakowałam dalej. Ostrze co rusz ześlizgiwało się po kolczudze, nie dawało mu jednak szansy na dobycie broni. Mimo wszystko nie był w ciemię bity, odbił osłoniętym ramieniem klingę i dobył własnego miecza. Wtedy przyciągnęłam go do siebie telekinezą, jednocześnie wykonując szybki półobrót. Wykorzystując impet obrotu puściłam bękarta pod pachą, sztychując wroga w brzuch. Kolczuga, mało odporna na pchnięcia puściła, ostrze wgryzło się w ciało legionisty. Nie marnując czasu, przekręciłam miecz, tnąc wnętrzności i zapewniając mu kilka dni agonii w męczarniach. Odwróciłam się, widząc pobladłą twarz człowieka i wyszarpnęłam broń. Krew chlusnęła na piach, znacząc moje też moje ubranie. Cięłam zamaszyście po twarzy, dodając mu dodatkowego cierpienia. W tym momencie dostrzegłam kolejnego wroga, już celującego z kuszy. Przypadłam do ziemi, słysząc przelatujący nade mną ze świstem bełt. Szybko wstałam, jednocześnie generując energię magiczną, tak potrzebną do rzucania zaklęć - OIIIG - Nad dłonią utworzyła się ognista strzała, którą posłałam telekinezą w stronę wroga. Płomienie rozproszyły się na kolczudze wroga, dając mi kilka cennych chwil na dobiegnięcie i zadanie ciosu. Kompozytowa klinga zawyła, wgryzając się w gardło przeciwnika. Z rozpędu wykonałam jeszcze kilka kroków, za moimi plecami zaś przeciwnik padł na kolana, przykładając dłonie do rozrąbanego gardła.
Hagmar:
Nie zauważyłaś jednak jednego, lecącego z innej strony bełtu. Trafiło Cię łopatkę tak mocno że aż zakręciło tobą.
Dragosani:
- Rawr! - powiedział filozoficznie Dracon, gdy nadleciał nad ląd. Czarna skaza dawała o sobie znać coraz mocniej. Był wściekły. Chciał zabijać. Patrzeć jak wrogowie tarzają się w pyle i krwi. Jak umierają. Przeleciał nad liniami sojuszników. Przed bełtami wciąż chroniła go wietrzna aura. Niczym mniejsza wersja smoka, który zniszczył galerę zaczął zasypywać wrogów ogniem. Machał różdżką raz po raz, wrzeszcząc słowo-rozkaz.
- IGOI! IGOI! IGOI! IGOI! - kule ogniste pomknęły we wrogie szeregi, zabijając kilu żołnierzy. Po tym ataku Flamel zawrócił, aby wycofać się na chwilę za szeregi sojusznicze.
Anette Du'Monteau:
Zeyfar zauważył wozy, na których w wielkich garach i kotłach trzymano smołę. Postanowił zabawić się nieco. Wskazał pozostałym palcem jeden z takich wozów i ruszył. Po drodze wyciągnął miecz. Dobrze się złożyło bo z namiotu po jego prawej wyleciał zdezorientowany żołnierz. Klinga błysnęła tnąc przeciwnika przez bark do pasa. Paskudna szrama zalała się krwią, a mężczyzna padł na ziemię. Mauren razem z towarzyszami chwycił ciężkie naczynia i zaczął rozlewać maź wokół obozów. Uwinąwszy się z tym sprawnie i szybko cała trójka cofnęła się.
-IGOI! - krzyknął Zeyfar celując w ciemne plamy. Ogień pomknął w stronę rozlanej smoły. Ta z kolei porozlewana utworzyła mniejsze ściany ognia w dużej części jednego z obozowisk. navvare schował różdżkę i sięgnął po swoje miecze.
-Zaczynamy! Pokażmy im prawdziwe piekło kompani!
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej