Tereny Valfden > Dział Wypraw
Niepokoje na południu...
Eric:
Diomedes w geście wyrozumienia położył dłoń na ramieniu karczmarza. Rozumiał jego ból i zmartwienie. Jego córka mogła teraz bezwładnie rozkładać się gdzieś na morzu. I to nie tylko w jednym miejscu. Bandy fanatycznych pogan były chyba najgorszymi możliwymi przeciwnikami. Człowiek nigdy nie mógł przewidzieć, co takiemu strzeli do głowy. Nie mniej jednak pewne było, że zbierają się gdzieś nad brzegiem morza. W końcu czcząc coś z morza przydałoby się z ów morzem mieć jakiś kontakt.
- Dziękuję za bezcenne informacje. Gdyby dowiedział się pan jeszcze czegoś, prosiłbym by mnie pan poinformował. Zostanę w tym mieście jeszcze przez dłuższy czas. I proszę się nie martwić, zrobię wszystko co w mojej mocy, by pomóc pańskiej córce. I nie tylko jej, ma się rozumieć. - powiedział z poważną miną, szczerym wzrokiem patrząc prosto w oczy zrozpaczonego karczmarza. - I niech pan na siebie uważa. - dodał z odcieniem grozy na twarzy. Przypomniał sobie o dziwnie śmierdzących skrzyniach ustawionych pod murem. Pożegnał barmana, który dostarczył mu informacji i udał się prosto do nich, by sprawdzić ich zawartość. Nie spodziewał się, żeby miało to jakoś pomóc mu w jego śledztwie. W końcu smród w miastach portowych był czymś całkowicie normalnym. Być może były to tylko jakieś gnijące ryby, czy inne paskudztwo, ale Diomedes chciał to sprawdzić. Po prostu czuł, że musi to zrobić.
Dragosani:
Darlenit
Czarnoskóry adept był istotnie delikatny. Lekko jakoby matka chwycił biednego kotka za sierść na grzbiecie i uniósł go w powietrze. Widok pomagającego kotu adepta Gildii z pewnością rozmiękczył serca najbardziej zatwardziałych przeciwników magów. Z ulicy głównej, z tłumu gapiów, dało się usłyszeć ciche "awww". Słowem, wszystko byłoby dobrze. Właśnie "byłoby". Gdyby nie to, że magiczne wzniesienie się bardzo nie spodobało się kotu. Mała, włochata bestia wpadła w istny szał. Zaczęła parskać i prychać wściekle. Szamotała się i wiła w telekinetycznym uścisku. I cięła pazurami powietrze. Młody adept z trudem utrzymywał kota w swej mocy. I gdy kot był już tuż tuż nad ziemią, już miał być bezpieczny... wyrwał się. Pech chciał, że wpadł właśnie na swego wybawiciela. W typowo koci sposób okazał swoją wdzięczność i podrapał go po twarzy i piersi. Rzecz jasna nie było to nic dotkliwego. Ale nikt nie powie, że kocie drapnięcia nie bolą. Po "podziękowaniu" Pan SchrĂśdinger zwiał za róg budynku.
Diomedes
Karczmarz skłonił się lekko. Otarł twarz rękawem, po czym wymamrotał podziękowania. Następnie, postał chwilę niezręcznie pocierając dłonie i wrócił do karczmy. Tymczasem Diomedes ruszył odkrywać mroczne sekrety skrzyń na podwórzu karczmy. Ach, cóż za odważny był ten młodzik! Bez wahania ruszył stawić czoło złu i siłom ciemności, kryjących się w pojemnikach. Cóż za odwaga! Bardowie opiewaliby ją w pieśniach, gdyby tylko byli jacyś świadkowie tych czynów. Młodzieniec podszedł do skrzyń. Wahając się położył dłoń na wieku jednej z nich. Myślał zapewne cóż może ona kryć. Mozę magiczną księgę +100 do wszystkich zaklęć? Albo piracki skarb? Wieko przyciśnięte było cegłą, która miała zapewne uniemożliwić przypadkowe otworzenie się. Diomedes odrzucił ją więc i wspomniane wieko... i jakąż grozę dojrzał! Kształty tak przerażające, że aż nie do opisania! Poskręcane, wijące się robaki. Pełzały po obrzydliwych szczątkach ryb, oraz niewielkich kościach. Lecz nie to było najgorsze. Na samym wierzchu leżał martwy szczur wielkości małego psa. Truchło napęczniało i gniło. Widok był skrajnie wręcz obrzydliwy. Smród zaś był jeszcze gorszy. Młodzieniec otwierając skrzynię, otworzył legendarną puszkę Pandory, która jednak zamiast nieszczęść zawierała woń będącą kwintesencja obrzydliwości. Ten smród był czystym złem.
Izabell Ravlet:
Nigdy więcej - mruknął mauren, stękając chwilowo z bólu. Utracił wiarę w koty. Zastanawiało go jedno - dlaczego kota opuszczał nad swoją głową? Jak to się stało? Jeden Dragosani wie. Zdy rany nieco się zasklepiły i przestały potwornie piec, Darlenit zwrócił się do towarzyszy:
Chodźmy dalej, panowie
Eric:
- Hm - mruknął sam do siebie, ogarniając wzrokiem wijące się niczym korzenie starego dębu robaki. - Jakby tak tu wpierdolić Darlenita... - rozmarzył się. Czym prędzej zatrzasnął skrzynkę i ułożył na niej precyzyjnie cegłę, która trzymała wieko na swoim miejscu. Paskudztwo obrzydziło Diomedesowi życie. Postanowił już nigdy, pod żadnym pozorem nie zaglądać do śmierdzących skrzyń ustawionych przy murach. No, ewentualnie mógł się kimś wyręczyć. Na przykład jakimś zupełnie przypadkowym maurenem w magicznej szacie. Nivellen stwierdził jednak, że nie ma czasu do stracenia. Należało poddać brzeg morza obserwacji, a że grupa szaleńczych sekciarzy mogła się okazać niesamowicie groźna, postanowił najpierw odszukać Darlenita.
- Daje słowo. Jak niczego się nie dowiedział, to wpierdolę do tej skrzynki. - mruknął do siebie i wrócił na miejsce, gdzie dwaj kompani się rozdzielili. Zastanawiał się gdzie mauren mógł pójść. Na dziwki? Możliwe. ÂŁowić ryby? Na pustyni chyba go nie nauczono. Diomedes rozmyślał, kto mógł posiadać jakieś informacje na temat porwań, przestępstw i tak dalej. Odpowiedź przyszła szybko. Straż miejska! Tam też postanowił się udać i zapytać o maurena. Nie było sensu czekać do wyznaczonego wcześniej momentu spotkania, kiedy było się w posiadaniu tak ważnych informacji. By uratować jak największą ilość osób, trzeba było działać szybko. I zorganizowaną grupą. Bohaterskie czyny może i są potem długo opiewane w licznych pieśniach przekazywanych przez wędrownych bardów, ale Diomedes stwierdził jednoznacznie, że od nieśmiertelnej sławy wolałby raczej długotrwałe życie. Poznaczone jak najmniejszą ilością siniaków, ran, złamań, odcisków po ugryzieniach i innych takich tam dupereli. Tak też rezygnując z wiecznej glorii i chwały, znów postanowił poradzić się okolicznych mieszkańców. Tym razem nie o budynek karczmy, a o posterunek straży miejskiej. Zaczepił przypadkowego przechodnia przeciętnej, niewyróżniającej się urody i zapytał:
- Przepraszam, mógłby mi pan powiedzieć, gdzie znajdę posterunek straży miejskiej?
Dragosani:
Darlenit
Bohaterski czyn Darlenita został pochwalony przez tłum gapiów. Pochwałą przybrała formę kiwania głowami z uznaniem. I rozejściem się bez słowa. Zza rogu dobiegł radosny krzyk dziewczynki, która odzyskała kota. Nobby klepnął adepta w ramię.
- Nieźle, młody. - pochwalił. - Ale ja na twoim miejscu po prostu potrząsnąłbym drzewem... - stwierdził po namyśle. Sierżant Bodb kiwnął głową, aby ruszali dalej. Należało w końcu zając się dalszymi problemami mieszkańców. I jeden z ów problemów nadszedł dość szybko. Milicjanci i adept usłyszeli wrzaski dwójki ludzi. Idąc za nimi trafili na targ. Tam byli świadkami dość groźnej sytuacji. Dwójka kupców kłóciła się zażarcie. Jeden z nich był zapewne sprzedawcą ryb. ÂŚwiadczył o tym wielki dorsz, którego trzymał w dłoni. Zapewne z zamiarem zdzielenia rybą drugiego kupca. Ten zaś najwyraźniej zajmował się handlem warzywami. Również on trzymał jeden zw swoich towarów w charakterze broni. W tym przypadku był to wyjątkowo wielki ogórek.Powodem sporu zdawało się być miejsce na targu. Obaj mężczyźni najwyraźniej wybrali to samo.
Diomedes
Zupełnie przypadkowy przechodzień, o przeciętnej i niewyróżniającej się urodzie zatrzymał się. Tak z reguły ludzie robią, gdy ktoś pyta ich o drogę. Zatrzymują się, aby ją wyjawić. Tyle ze na tym etapie zakończyło się "zwyczajne" zachowanie. Mężczyzna rzucił na Diomedesa przerażone spojrzenie. Zaśmiał się nerwowo, tak jakby chciał je ukryć. Wyszło to beznadziejnie.
- Posterunek straży miejskiej? Hehe. - odparł. - U nas nie ma straży miejskiej. Jest milicja! Hehe! - zażartował błyskotliwie. - Ale to będzie tam. - wskazał jedną z uliczek.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej