Tereny Valfden > Dział Wypraw

Niepokoje na południu...

<< < (6/37) > >>

Dragosani:
Darlenit

Mała dziewczyna zapłakana wtuliła się w szatę adepta, brudząc ją jeszcze bardziej. Człowiek rozsądny zdenerwowałby się na nią i ewentualnie odtrącił nogą. Ale mało który człowiek był tak naprawdę rozsądny, więc prawie każdy zacząłby się rozczulać. Nobbs i Bodb byli chyba takimi właśnie ludźmi, gdyż spełnili nadzieje Darlenita. Zatrzymali się i ochoczo zaczęli pytać dzieciaka co się stało.
- Uratujcie pana SchrĂśdingera! Proooooooosze! - zapłakał bachor. Jedną ręką tarł oczy, a druga wskazał jakiś zaułek.

Diomedes

Tymczasem Diomedes czekał na podwórzu karczmy. Kwadrans wydłużał się niemiłosiernie. Jednym zajęciem było obserwowanie mew latających na niebie, drapanie się po tyłku i wdychanie smrodliwej woni, która wydobywała się z kilku skrzyń ustawionych pod jednym z murów. Nagle młodzieniec poczuł czyjś wzrok. Odwrócił się zatem. Mniej więcej na środku podwórza siedział kot i wpatrywał się w chłopaka wielkimi, zielonymi oczyma. Patrzył z wyraźnym wyrzutem. Jakby chciał powiedzieć "Co robisz na MOIM terenie, człowieczku"? Było to niemiłe spojrzenie. Z tych straszliwych kłopotów Diomedesa uratował karczmarz, który wyszedł tylnymi drzwiami z gospody. Kot czmychnął w sobie tylko znane miejsce. Barman podszedł do chłopaka i rzekł.
- Przybyłeś w związku z tymi nowicjuszami, tak? - widocznie nie był tak głupi na jakiego wyglądał.

Eric:
Kot i Schrodinger, tak? ;]

- Słuszny wniosek - odpowiedział. - Widzę, że mam do czynienia z osobą, która potrafi obserwować. Dokładnie po to tu przybyłem. Będzie pan w stanie udzielić mi jakichś informacji na ten temat? - zapytał z nadzieją w głosie. Miał nadzieję, że całe to łażenie po karczmach będzie miało jakieś skutki. Stwierdził też, że smród ze skrzyń ustawionych pod murem jest jakiś taki podejrzany. Po rozmowie chciał je sprawdzić, tak z czystej ciekawości i dociekliwości.

Izabell Ravlet:
Darlenit ruszył w stronę zaułka.
 Nie idź za nami - rzekł, rzecz jasna do dziewczynki. Widząc ruszających za nim milicjantów przyśpieszył kroku. Miał nadzieję, że to przed czym należy uratować pana SchrĂśdingera nie będzie bardzo niebezpieczne...

Dragosani:
Diomedes

Karczmarz Harwin nawet nie zmienił wyrazu twarzy, słysząc pochwałę jego zmysłu obserwacyjnego. Za to rozejrzał się po podwórzu i nachylił konspiracyjnie.
- Wiem co się mogło stać z tymi nowicjuszami - powiedział niemalże szeptem. - Nie chciałem tego mówić tam, w karczmie. Oni mogą być wszędzie...- dodał tajemniczo, podtrzymując napięcie. - W tym mieście działa jakaś sekta, kult czy jakby to nazwać. Nie wiem o nich zbyt wiele. Czczą coś z morza. I składają temu czemuś ofiary... - jego głos robił się drżący. Przełknął ślinę. - Ofiary z dziewic i ludzi z darem. I... i... panie, oni porwali moją córkę! - złapał nowicjusza za szatę. - Uratuj ją! Proszę! - musiał być zdesperowany, co było też widać po jego roztrzęsionym głosie i błagalnej minie.


Darlenit

I ruszył dzielnie Darlenit na spotkanie złu. I przedarł się przez tłum, a za nim kroczyli zbrojni towarzysze! Minęli róg budynku i weszli do zaułku. Jaka groza zmroziła ich serca, gdy ujrzeli cóż tam jest. Nic dziwnego, że dziewczyna była aż tak przerażona. Aż tak lękała się o los pana SchrĂśdingera. albowiem groza z jaka miał się on zmierzyć była straszliwa. Darlenit wraz ze swoimi wiernymi kompanami w mig pojęli niebezpieczeństwo. Pan SchrĂśdinger, maleńki kilkumiesięczny kociak wszedł na wysokie drzewo i nie potrafił zejść! I kto go teraz uratuje?

Izabell Ravlet:
Ehhh - westchnął Darlenit. Takiego niebezpieczeństwa się nie spodziewał. Za pomocą telekinezy próbował zdjąć kocię z drzewa. Był przy tym dość delikatny, jeśli można tak powiedzieć.

//Ale ty masz pomysły <facepalm>

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej