Tereny Valfden > Dział Wypraw
Niepokoje na południu...
Eric:
Twarz Diomedesa po raz kolejny przyjęła poirytowany wyraz. Taką minę ma ktoś, kogo pies właśnie narobił na dywan. Do kompletu dołączyło typowe dlań westchnięcie, które w tym dniu powtórzyło się już tyle razy, że sam Nivellen nie był w stanie zliczyć. Spostrzegł uciekającego maga i rzucił się w pogoń, krzycząc tylko milicjantom, by zajęli się kultystami. W szaleńczym pędzie skoczył i wyciągnął się jak długi, gdy opadł płasko i ociężale na maga, który dokonywał taktycznego odwrotu.
- O nie, nie... - uśmiechnął się. - Ze mną się tak nie pogrywa, staruszku - powiedział z udawaną radością w głosie i trzepnął maga prosto w potylicę głowy. Sięgnął za pazuchę, po różdżkę i wbił ją mocno w miejsce, gdzie przebiegał kark przeciwnika.
- Jeśli się ruszysz, to zrobię z ciebie prażynkę - ostrzegł. - A teraz ładnie poproś swoich przydupasków, by odłożyli broń i padli na kolana. No już, już. Migusiem. - powiedział, wwiercając końcówkę różdżki w plecy maga.
Izabell Ravlet:
Darlenit z trudem podniósł się na nogi. Złamana ręka dawała się we znaki. Widząc ruchy Diomedesa i jego bohareski skok na maga szedł spokojnie w ich stronę. Gdy był dostatecznie blisko, przyjrzał się strojowi Apostoła. Wskazywał on na arcymaga wody lub ziemi. Mauren rzekł więc:
I nie waż się czarować, aby uciec. Mam możliwości, aby cię złapać...
Dragosani:
Milicjanci w tunelu zajęli się kultystami. Walczyli dzielnie i, rzecz jasna, nieuczciwie. Po kilku chwilach zadowoleni z siebie (i obłowieni z grabieży zwłok) weszli do pieczary. Mag milczał do tego czasu. Spojrzał na stróżów prawa. Domyślił się że przegrał. Tą bitwę. Skrzywił się zrozpaczony. Nowicjusz i adept poczuli niewyraźne zaburzenie magii.
- ER... - wyjęczał. I wtedy zaczął się roztapiać. W mgnieniu oka ciało maga zamieniło się w wodę! Jego chrząknięcie musiało być sprytnie zamaskowaną, skróconą inkantacją. ÂŻywa kałuża natychmiast wyślizgnęła się spod Diomedesa i w mgnieniu oka pomknęła ku wylotowi jaskini. Chlusnęła w dół, nim wysłannicy Gildii zdołali zareagować. Apostoł uciekł. Zniknął w odmętach delty rzeki.
Eric:
- Kurwa! - krzyknął na cały głos, aż we wnętrzu pieczary zadźwięczało echo. Upadł, niemalże bezwładnie na kolana i walnął pięścią w ziemię. Może i pozbyli się niemalże całego kultu i pewnie również uratowali przyszłe ofiary, ale póki mag był na wolności, mógł ponownie swoimi brudnymi gierkami powołać nowych fanatyków do życia. Gdy jako tako wrócił do siebie, spojrzał na rękę Darlenita. Zwisała bezwładnie, ale przynajmniej nie była nienaturalnie wygięta, najwyraźniej ktoś mu ją nastawił, ale kto i po co? Wtedy Diomedes przypomniał sobie, że starzec, którego wcześniej zauważył nadal siedzi spokojnie w pieczarze. Wskazał na niego palcem.
- Ty - rzekł. - Kim ty właściwie u diabła jesteś? - zapytał poirytowanym tonem.
Izabell Ravlet:
Gdyby tak szybko nie zwiał, jeszcze bym go złapał. Nic jednak nie zrobimy. Panowie milicjanci, widzieli panowie tego maga? Jeżeli kiedykolwiek zostanie zauważony - złapać, a najlepiej zabić. Składał tutaj w ofierze ludzi. - przedstawił ogólnie swe myśli milicjantom
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej