Tereny Valfden > Dział Wypraw
Niepokoje na południu...
Izabell Ravlet:
Kurwa - mruknął. Darlenit nie klnął często, wręcz bardzo rzadko. Jednak jeżeli klnął to nie bez powodu. Był w fatalnej sytuacji. Było źle, oj było. Szybko sprawdził czy fanatyk leżący obok żyje i jest przytomny...
Dragosani:
Adept po wstępnym szoku mógł rozejrzeć się po pomieszczeniu. Było nieduże. Pod ścianą stał drewniany stół, a na nim był kaganek oświetlający grotę. Do zadziwiające ile blasku może dać niewielki płomyk. Drabinka w góry była mniej więcej na środku groty. Obok wspomnianego stołu zaś widać było wejście w jakiś korytarz. To właśnie z niego wyszła trójka mężczyzn. Dwóch z nich było ubranych całkiem zwyczajnie. Jak mieszkańcy pobliskiego miasta. Trzeci zaś nosił długą białą szatę. Do tego miał bardzo jasne włosy, sięgające ramion. Pytająco spojrzał na fanatyka, który przygniótł Darlenita i właśnie ssał ranę na dłoni.
- On się pojawił nagle, Panie.- wyjaśnił. - Wchodziłem i kruka odganiałem, co wleciał w... - mężczyzna w szacie przerwał mu podniesieniem dłoni.
- Kruka? - spojrzał na adepta. Konkretniej na jego szatę. - No proszę, wysłannik Gildii. - podszedł i kucnął obok. Niemalże troskliwym gestem dotknął złamanej ręki. - Och, to musi boleć... każe mojemu medykowi nastawić kość, młody przyjacielu. - powiedział do adepta tonem pełnym współczucia i miłosierdzia. - A później zapraszam cię na naszą ceremonię! Jestem pewien, że twoi podli mistrzowie z Gildii naopowiadali ci strasznych rzeczy o nas. Nie bój się, młody przyjacielu... - ponownie rzucił spojrzenie na swoich ludzi. Ci podeszli do Darlenita i ostrożnie podnieśli go.
Tymczasem za Diomedesem pobiegli milicjanci. O dziwno nie wydawali przy tym zbyt wielu dźwięków, więc nie ostrzegli ludzi pod nimi. Diomedes zaś usłyszał przez klapę strzępy słów tajemniczego mężczyzny. Lecz dzięki nim był w stanie pojąć ich znaczenie.
Eric:
Diomedes gestem dłoni nakazał milicjantom zatrzymać się i czekać na jego polecenia. Jeszcze chwilę tkwił tak z uchem przytkniętym do klapy i próbował wyłapać jakieś inne dźwięki. Miał nadzieję, że kultyści nie będą się spodziewać już nikogo, po tym jak pojmali Darlenita. Na chwilę obecną maurenowi chyba nic nie groziło, więc Diomedes odetchnął z ulgą. Obawiał się tylko, że fanatycy mogą go wykorzystać w swoim chorym ceremoniale, który coraz bardziej zaczynał go fascynować i ciekawić.
- Pojmali go. Wydaje mi się, że to ten cały mag, który nimi dowodzi sam przyszedł do niego i oznajmił, że pozwoli mu się przyjrzeć ich ceremoniałowi. Odprawiają go o poranku, zgadza się? Tak więc mamy jeszcze trochę czasu - powiedział i spojrzał na gwieździste niebo. Nie był w stanie stwierdzić jak dużo czasu pozostało do świtu. Westchnął bezgłośnie i nakazał dwóm niedoświadczonym milicjantom ustawić się po bokach klapy. Sam stanął na wprost i za sobą ustawił komendanta. Mieli na jego znak otworzyć klapę na oścież. Diomedes chciał działać jak najszybciej, nie mógł pozwolić, by Darlenitowi się coś stało. Nie tylko dlatego, że miałby przesrane w Gildii, ale i dlatego, że czuł się za niego dziwnie odpowiedzialny. Podniósł rękę do góry, pokazując milicjantom by otwarli klapę. Nivellen miał zamiar dokonać bezpośredniej inwazji, gdyż wszystko inne go zawiodło i nie miał już żadnych pomysłów. Miał jedynie nadzieję, że przedsionek opustoszał, gdyż słyszał oddalające się kroki. Gdy milicjanci podnieśli klapę, na zewnątrz wytrysnął strumień światła i oświetlił małą polankę. Diomedes bez zastanowienia zeskoczył zręcznie na dół i podziękował bogu za swe akrobatyczne zdolności. Przeturlał się do przodu, by zamortyzować upadek. Za nim miał wskoczyć komendant, a potem obaj milicjanci. Diomedes trzymał już w prawej ręce różdżkę, lewą zaś trzymał na rękojeści swego miecza.
Izabell Ravlet:
Darlenit zaś z pomocą ludzi został przeprowadzony dalej.
Możesz mi powiedzieć coś więcej? Jestem niezwykle ciekawy - mauren starał się, aby ton jego głosu jak najlepiej odpowiadał wymawianym słowom. Chciał zdobyć zaufanie tych ludzi, aby wiedzieć jak najwięcej
Dragosani:
- Chcemy aby podróże morskie pomiędzy Valfden a kontynentem stały się możliwe. - odparł mag ojcowskim tonem. - Jestem Apostołem Tego Który Powstał. Mój bóg, Meaneb Wielki, przekazał mi tą wiedzę w wizji! Zabójcza mgła i Lewiatan są karą dla ludzi złej woli, jak ten przeklęty Isentor! - jego ton głosu wznosił się, jakby wygłaszał płomienną mowę. - Nasze ceremonie i daniny dla morskiej Bestii są symbolem naszego oddania i wiary w moc Tego Który Powstał! Chwalmy boga! - niemal krzyknął. Prowadzący Darlenita kultyści zawtórowali mu. Młody adept uświadomił sobie, że jeżeli naprawdę chodzi o tego słynnego Meaneba, to człowiek w bieli ma nierówno pod sufitem. Lecz w tym momencie klapa w pomieszczeniu wejściowym otworzyła się. Skok Diomedesa i milicjantów był dość głośny. Mag odwrócił się. Natychmiast wydał rozkaz.
- To heretycy! Zabić ich! Nie mogą splugawić naszej świątyni! - fanatycy ruszyli do walki. Apostoł zaś chwycił Darlenita za złamaną rękę i pociągnął za sobą, gdzieś w głąb korytarzy.
--- Cytuj ---Kultyści x 3
Nazwa broni: Miecz fanatyka
Rodzaj: miecz
Typ: oburęczny
Ostrość: 15
Wytrzymałość: 11
Opis: Wykuty z 60 sztabek żelaza o zasięgu 1,4 metra.
Wymagania: Walka bronią sieczną [75%]
Odziany w:
Nazwa odzienia: Kaftan kultysty
Rodzaj: zbroja miękka
Typ: kaftan skórzany
Wytrzymałość: 8
Opis: Uszyty z 50 kawałków skóry wilka i 50 kawałków lnianego półtna.
Wymagania: Używanie zbrój miękkich
Specjalizacje:
Walka bronią sieczną [75%]
Umiejętności nabywane:
Używanie zbrój miękkich
Hart ciała
--- Koniec cytatu ---
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej