Tereny Valfden > Dział Wypraw

Niepokoje na południu...

<< < (27/37) > >>

Izabell Ravlet:
Ała! - krzyknął mauren. Ręka bolała go niemiłosiernie, w dodatku był za nią ciągnięty. Wręcz ze zgrzytaniem zębów wyrzekł:
 Możesz mnie puścić? To boli - jego słowa oddawały ból, miał nadzieję, że jego proźba zostanie spełniona.
 Czy dobrze rozumiem? Składacie ofiary Menaebowi Wielkiemu poprzez rzucanie ludzi lewiatanowi na pożarcie?

Eric:
- Kurwa - zaklął pod nosem. Nie tak to miało wyglądać. Poza tym, kultyści wyglądali na nie w ciemię bitych, zaś dwaj milicjanci, którzy stali za jego plecami, wyglądali wręcz na stworzonych do wypowiadania strachliwych sentencji "idź przodem. Będę pilnował twoje plecy.". Diomedes wiedział, że nie wyjdzie z tego bez uszczerbku na zdrowiu, ale nie miał innego wyboru, jak stanąć do walki. Miał nadzieję, że chociaż komendant okaże się jakąś pomocą. Nivellen, nim rzucił się do przodu, postanowił zmniejszyć nieco przewagę, wyciągnął różdżkę i wycelował w jednego fanatyków. Pomieszczenie było dość ciasne, tak więc chybienie graniczyło z cudem.
- Ihigi! - wykrzyczał. Nie wiedząc czemu, poczuł okropną ochotę, by wyrzucić z siebie złość, także w postaci krzyku. Piorun kulisty powędrował wprost w brzuch jednego z nich, a Diomedes nawet nie zaprzątał sobie głowy przyjemną energią magiczną, gromadzącą się w różdżce. Kultysta padł na ziemię i jeszcze chwilę trząsł się w konwulsjach pośmiertnych. Jego kompani byli nieco zaskoczeni tym wydarzeniem, toteż Diomedes skorzystał z okazji i błyskawicznie doskoczył do nich i zamachnął się swym dwuręcznym mieczem od góry, prosto na czaszkę jednego z kultystów. Ten, na jego własne szczęście, zdążył się ocknąć z szoku i uskoczyć w bok, jednak ostrze miecza oddzieliło od jego ramienia czerwony kawałek skóry, który upadł z plaskiem na zimną kamienną posadzkę i zaczął wokół siebie tworzyć małe bajorko. Diomedes zaczął wykonywać obrót przekładając ciężar ciała na drugą nogę i zamachnął się równolegle do ziemi na klatkę piersiową przeciwnika. Ten niewątpliwie miałby okazję do zmówienia swej ostatniej modlitwy w życiu, gdyby nie to, że jego towarzysz okazał tyle trzeźwości umysłu, by stanąć w jego obronie i zablokować cios Diomedesa, który zaklął siarczyście na ten niemiły zwrot akcji. Uskoczył do tyłu dwa nierówne kroki i bacznie obserwował. Fanatycy nie mieli w sobie ani krzty spokoju. Byli zapaleni do boju, właściwie nie myśleli o niczym, jak o pozbyciu się innowierców. Dlatego też od razu rzucili się na niego w szaleńczym szale. Ten, którego ramię było okaleczone, zdawał się nie zwracać uwagi na dość bolesną ranę. To przeraziło Diomedesa, ale równocześnie sprawiło, że stał się ostrożniejszy i bardziej przewidujący. Zauważył, że stoi blisko ściany. Dwoje kultystów szarżowało prosto na niego. Gdy byli w odległości jakichś trzech metrów, były kruk wyskoczył na ścianę, ale miecz trzymał z boku, na wysokości stóp, które teraz znajdowały się w powietrzu. Jeden z fanatyków wbiegł prosto na ostrze trzymane przez Diomedesa. Dało się usłyszeć potworne mlaśnięcie miecza, zatapiającego się w ciało. Trysnęła krew i po chwili martwy kultysta leżał w dwóch częściach na posadzce. Tym czasem Diomedes odbił się nogami od ściany, na którą skoczył i wykorzystując impet zrobił obrót w powietrzu i zamachnął się prosto na szyję drugiego z fanatyków i byłby odciął mu głowę w efektownym stylu, gdyby kultysta po raz kolejny nie wykazał się refleksem i nie zrobił zręcznego uniku w postaci kucnięcia. Diomedes znalazł się w bardzo niekorzystnej sytuacji, był odsłonięty i nie zdążyłby sparować ciosu, zaś w powietrzu manewrowanie ciałem było trudne. Niestety nic nie mogło odwlec najgorszego. Fanatyk, który kucał, wystrzelił do pozycji pionowej z ostrzem skierowanym prosto w klatkę piersiową Diomedesa. Temu udało się nieco przechylić swe ciało, tak, że klinga przeciwnika miast zatopić się w sercu nowicjusza i pozbawić go życia, wbiła się prosto w ramię, dziwnym szczęściem nie trafiając w żadną ważniejszą żyłę czy tętnicę. Nivellen zawył z bólu, ale mimo tego obłąkańczego uczucia zamierzał skończyć ze swym przeciwnikiem. Lewą rękę, która została przebita, miał unieruchomioną, tak więc wielki miecz dwuręczny trzymał tylko w jednej. Z wielkim trudem zamachnął się na stojącego obok niego kultystę i pozbawił go życia, poprzez zatopienie klingi niemalże do połowy brzucha. Z miejsca, gdzie powinny znajdować się żebra, wytrysnęła krew i flaki. Diomedes kopnął z zawiścią swego przeciwnika i opadł na posadzkę, trzymając się kurczowo za krwawiące ramię.


0/3

Dragosani:
- Ból oczyszcza, mój młody przyjacielu. - odparł mag. Było jasne, że tymi słowami po prostu uświadomił mu, ze nie ma zamiaru go puszczać. - To symbol naszego oddania i naszej wiary. - odpowiedział na pytanie. - Poświęcenie nielicznych ześle na nas łaskę Pana! - Darlenit idąc z magiem tunelem mógł dostrzec dwa odgałęzienia. W końcu doszli do pieczary, która musiała być celem. Grota była całkiem spora, oświetlona kilkoma pochodniami. Na środku stał wykuty w skale ołtarz. Na swojej powierzchni miał coś w rodzaju rynny, co mogło służyć do kierowania krwi wyznaczoną drogą. Skalna rynna biegła dalej po podłożu. Aż do... wylotu jaskini. Był on bezpośrednio w klifie, tak że cokolwiek zrzucone nim musiało wpaść do wody. Adept zrozumiał, że to tutaj promienie wschodzącego słońca oświetlały krwawy rytuał. Przed ołtarzem stał kamienny postument. Na nim zaś leżała księga, a tuż obok stała zielonkawa figurka przestawiająca węża? smoka? z siedmioma głowami na których można było dostrzec dziewięć rogów. W pomieszczeniu było jeszcze czterech kultystów. Z wielkimi mieczami. Oraz jakiś staruszek. Mag niemalże rzucił przed niego adepta.
- Nastaw i unieruchom mu rękę. - rozkazał. - A wy idźcie pomóc pozostałym. - kultyści ochoczo pobiegli korytarzem, aby wspomóc umierających towarzyszy. Starzec kiwnął głową i zabrał się do pracy. Pogmerał w torbie, wyciągnął z niej brudnawy bandaż, niewielką deseczkę oraz jakaś maść. Bez słowa chwycił za rękę Darlenita i wykręcił ją brutalnie. Kości chrupnęły, adepta przeszył ból... lecz poczuł, że kości wróciły na swoje miejsce. Starzec posmarował mu rękę śmierdzącą maścią i zawiązał bandażem.

---

Tymczasem Diomedes rozprawił się z trójka kultystów. Lecz odniósł też ranę. Niby nic wielkiego, ale bolała. Mogło to nieco zmniejszyć sprawność bojową nowicjusza. Podszedł do niego Nobby i zawinął mu wokół rany jakaś szmatę. Niezbyt profesjonalnie i na pewno nie jak medyk, ale zawsze coś.
- Niezłyś. - skomentował. - Ale na przyszłość nie bierz wszystkiego na siebie. Wbrew pozorom potrafimy walczyć. - dodał butnie. - Ruszamy dalej? - zapytał. Z korytarza słychać było wrzaski Darlenita.

Eric:
Diomedes przeraził się, słysząc wrzaski kompana. Nie zważając na ból, szarpnął rękojeść miecza, którego ostrze tkwiło mu w ramieniu i brutalnie, bez zbędnego cackania się z sobą, wyciągnął je ze świstem. Wiedział, że spowoduje to obfity krwotok to też uciął część lnianego płótna, z którego wykonane były kaftany kultystów i zręcznie, korzystając z pomocy zębów, owinął je w prowizoryczny bandaż wokół rany. Niemal z zadowoleniem pokwitował swoją robotę. Miał nadzieję, że przy gwałtowniejszych ruchach i napięciach mięśni mała rana nie zacznie tryskać krwią niczym nowo przebudzony gejzer. Wstał i chwycił miecz. Lewa ręka bolała go, ale nie uniemożliwiała w miarę sprawnego wymachiwania mieczem.
- Ruszamy - powiedział i wytężył słuch. Wyraźnie słyszał kroki. Bieg. Grupy o mniej więcej podobnych rozmiarach, jak ta, z którą przed chwilą się rozprawił.
- Uważajcie. Chyba lecą następni - rzekł i rozglądnął się. - Nie dadzą za wygraną - dodał, ciągle lustrując pomieszczenie.
- Ustawcie się tu po bokach tego tunelu w dół - polecił. - Nie zauważą was, więc jak wbiegną, to zarżniecie ich od tyłu. Ja stanę z przodu i będę odwracał ich uwagę, żeby nawet nie pomyśleli, by podejrzewać pułapkę. No i troszkę ich wysmażę - powiedział i wskazał z uśmiechem na różdżkę. Miał nadzieję, że milicjanci szybko i bez gadania wykonają polecenia, mimo tego, że wydawał im je ktoś, kto teoretycznie nie miał do tego uprawnień. Modlił się w duchu, by duma komendanta nie zaczęła cierpieć z tego powodu.

Izabell Ravlet:
Co zamierzacie więc ze mną zrobić? - z trudem wyrzekł mauren. Ręka bolała, w dodatku dziwna maść i brudny bandaż były nienajlepszą, zdaniem Darlenita, metodą leczenia. Miał nadzieję, że Diomedes i milicjanci uporali się z trzema pierwszymi fanatykami, oraz że następna czwórka nie przysporzy im zbytnio problemów.

//Mam złamanie zamknięte, tak? I mogę prosić staty obecnych przy mnie osób?

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej