Tereny Valfden > Dział Wypraw
Niepokoje na południu...
Dragosani:
Plan był prosty. W swej prostocie prawie genialny. Prawie. Dziwnym trafem chłopcy nie uwzględnili zachowania kultysty, gdy będzie schodził do kryjówki. A zamykając klapę i, bądź co bądź, mając przed sobą praktycznie całe wejście fanatyk po prostu musiał dostrzec czarne ptaszysko próbujące wepchnąć się do środka.
- Co jest? - zapytał głupio. Zamachnął wolną ręką, chcąc uderzyć kruka-adepta. - Cholerne ptaszysko! Won! Sio! - warknął próbując przepędzić skrzydlatą bestię.
Izabell Ravlet:
Darlenit był krukiem, chociaż mógł panować nad sobą. Jednak w tym momencie zadziałał instynkt. Ptaszysko dziabnęło fanatyka w rękę, którą próbował odpędzić adepta. Po tym kruk starał się opaść delikatnie na ziemię i ukryć się w jakimkolwiek ciemnym kącie, licząc że skaleczony człek zajmie się ręką i nie zauważy, gdzie ucieka ptaszysko.
Eric:
Diomedes czujnie obserwował całe zajście i zaczął się niepokoić, że to głupie i wręcz oczywiste zachowanie fanatyka, którego nie przewidział, może zawalić cały jego misternie obmyślony plan. Serce biło mu mocno w klatce piersiowej, ale na razie nie tracił wiary. W razie czego mógł improwizować, ale w głowie świtała mu pustka i nie wiedział co miałby zrobić, gdyby doszło co do czego. Rozważył możliwość ogłuszenia kultysty i zwyczajnego wpuszczenia kruka do środka. Wydawało się to rozsądne, ale jeśli ktoś zauważyłby, że klapa została otwarta, a potem wewnątrz zobaczył jedynie kruka, mogłoby się to źle skończyć. Wolał więc teraz spokojnie oczekiwać na dalszy rozwój wydarzeń, choć epitet spokojnie nie jest właściwy, gdyż Diomedes był niezwykle podekscytowany i zaniepokojony. Zimny pot zrosił jego kark, a powieki rozwarły się szeroko, jakby nie chciały, by oczom umknął choćby najmniejszy szczegół. Teraz wszystko zależało od tego, jak tę partię rozegra Darlenit.
Dragosani:
Kruk-adept dziobnął mocno. Jego twardy i bardzo ostry dziób zrobił swoje. Fanatyk wrzasnął w chwili gdy dziób wbił się w jego ciało. Trysnęła krew. Darlenit trzepocząc skrzydłami zwinnie sfrunął w dół. Wylądował z gracją taką, na jaką stać było ptaka i... poczuł ból. Ból ów był rzecz jasna czymś spowodowany. Tym czymś był fanatyk, który zaskoczony atakiem kruka puścił się drabinki i spadł na ptaka. Szczęściem przygniótł jedynie lewe skrzydło. Jednak to wystarczyło. Adept pod postacią kruka usłyszał nieprzyjemny trzask łamanej kości, poczuł ból... i mimowolnie rozproszył zaklęcie. W jakie zdziwienie wpadł fanatyk, gdy spostrzegł, że swoim tyłkiem złamał kość przedramienia czarnoskórego człowieka, którego jeszcze przed chwilą tu nie było! Zdębiały gapił się przez chwilę. Darlenit zaś usłyszał kroki. Nadchodzili kolejny kultyści
Tymczasem Diomedes wraz z milicjantami czekali. Nowicjusza dręczyło przeczucie, że coś poszło nie tak. Utwierdzały go w tym wrzaski dobiegające spod klapy.
Eric:
- O ja pierdolę, kurwa mać - wymamrotał oniemiały. W ułamku sekundy klapa opadła, a on usłyszał wrzaski i coś jakby trzask... Jakby Darlenit ponownie zmienił postać. Coś wewnątrz podpowiadało mu, że jego kompan znalazł się w niebezpieczeństwie i cały plan spalił na panewce. Zerwał się gwałtownie na nogi i podbiegł panicznie do klapy. Wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć, był blady, a świecący księżyc oświetlał liczne krople potu zdobiące jego zmartwioną twarz. Dostawił ucho do klapy i nasłuchiwał. Nieco przeszkadzało mu w tym głośno i szybko bijące serce, którego odgłos sprawiał, że Diomedes poruszał się w określonym przez nie rytmem.
- Cholera, cholera, cholera... - mruczał do siebie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej